|
Historia miasta i regionu
MAREK ZYBURA Od niemieckiego zagrożenia do niemieckiej bramy do Europy
Posted by:
Administrator on Marzec 01, 2007 8:33:31 AM
Sąsiedztwo narodów, dobre i złe, zależy od wielu okoliczności i czynników, które je kształtują bądź ku obopólnemu dobru, bądź ku obopólnym stratom. Jednym z tych czynników, który współżycie sąsiadów różnych nacji raczej utrudnia, aniżeli ułatwia, jest ich historyczna samoświadomość. Otóż narody pielęgnują własne wyobrażenia na temat dziejów wzajemnego sąsiedztwa i współżycia. Wyobrażenia te kolportują - nieraz przez długie pokolenia – treści, będące produktami narodowych mitologii i nie poddające się obiektywnej, zgodnej z faktami weryfikacji. Zakorzeniony w społeczno-historycznej pamięci Polaków obiegowy model stosunków polsko-niemieckich zasadza się na zasadniczo czterech stereotypach, odwołujących się do polskich konfliktów z Krzyżakami, fryderycjańskimi Prusami, Rzeszą Niemiecką Bismarcka i Trzecią Rzeszą Hitlera. O stereotypowm, a więc urągającym wymogom obiektywizmu, charakterze tego modelu stanowi nie okoliczność, jakoby miał być on z gruntu fałszywy, lecz fakt, że nie sposób go racjonalnie zweryfikować. Charakteryzuje się ten model przede wszystkim tym, że eliminuje z historycznej świadomości Polaków wszelkie pozytywne strony stosunków polsko-niemieckich, a absolutyzuje, wręcz mityzuje – wyolbrzymiając je najczęściej - negatywne świadectwa tych relacji. Ten schemat myślowy ma oczywiście swój odpowiednik i w niemieckiej tradycji myślowej poświęconej tym stosunkom, w której pojęcia takie jak „polnische Wirtschaft” (polska gospodarka), „Drang nach Osten” (parcie na Wschód), „deutsche Kulturträgerarbeit im Osten” (niemiecka misja kulturalna na Wschodzie) aż po „minderwertige Rasse” (rasa podludzi) stworzyły podwaliny pod pejoratywną mityzację naszych wzajemnych stosunków i otworzyły szeroko wrota niemieckiemu szowinizmowi. A dotychczasowa historia uczy, że nigdy nie było dla stosunków polsko-niemieckich rzeczą obojętną, kiedy tego rodzaju klisze i hasła podchwytywane były przez wszelkiej maści populistów i przekuwane na oręż w ahistorycznej walce polityczno-propagandowej. Polski, obiegowy obraz Niemca reaktywuje u większości Polaków automatycznie przysłowie o Niemcu, który „jak świat światem nie będzie Polakowi bratem”. Jednak wbrew tej narodowej ‘mądrości’, a w zgodzie z historycznymi faktami, stwierdzić trzeba, że tak Polacy jak i Niemcy – prześladowani wciąż jeszcze przez niezabliźnioną niedawną przeszłość – nie pamiętają o tym, że nasze sąsiedztwo było przez długie stulecia w nękanej ustawicznymi wojnami Europie wzorowe. Polska granica zachodnia, uwzględniając nawet wczesne konflikty z cesarstwem z przełomu X i XI w. oraz późniejsze konflikty z zakonem krzyżackim na przełomie XIV i XV w., pozostawała aż do robiorów Polski jedną z najbezpieczniejszych na kontynencie. Nie znała trwogi ognia i miecza, lecz zyski z bujnej wymiany handlowej i – jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli – transferu naukowo-kulturalnego. I.Zatraciła się w historycznej samoświadomości Polaków pamięć królowej Rychezy, wnuczki cesarzowej Teofano, żony Mieszka II. Było to jedno z najbardziej doniosłych z politycznego punktu widzenia małżeństw w dziejach dynastii Piastów, pieczętujące pokój merseburski z 1013 r. Młoda polska dynastia awansowała w ten sposób do elity arystokratycznych rodów ówczesnej chrześcijańskiej Europy. Poprzez swoje dzieci Rycheza spokrewniła z ottońskim domem cesarskim także Arpadów i Rurykowiczów. Królowa, jedna z najlepiej wykształconych kobiet swoich czasów, przeszczepiała do Polski duchową i materialną kulturę swojej nadreńskiej ojczyzny. Przydały się nawiązane wcześniej kontakty, kiedy syn obojga Kazimierz Odnowiciel i ich wnuk Bolesław Śmiały odbudowywali polską organizację państwową i kościelną po okresie tak zwanej destructio Poloniae – pogańskiej reakcji i pustoszących najazdach sąsiadów z lat 30. XI w. Wspierał to dzieło arcybiskup koloński Hermann II, wuj Kazimierza Odnowiciela, przysyłając księży i zakonników, głównie benedyktynów. Nadreński mnich benedyktyński Aaron, prawa ręka Kazimierza w sprawach kościelnych, w 1046 r. wyświęcony przez Hermanna II na biskupa krakowskiego, zainicjował budowę drugiej katedry w Krakowie i przygotował założenie tynieckiego klasztoru. Biskup Aaron jest symbolem ożywionych kontaktów w owej dobie między Polską a ziemią lotaryńską, skąd wraz z benedyktynami trafiły do nas architektura kościelna, lotaryńska reforma klasztorna oraz tamtejsze tradycje kultowe (na przykład kult czczonych na Wawelu kolońskich świętych, Gerona i Leonarda). Świadectwami architektonicznych związków między Polską a Kolonią są kościół benedyktyński w Mogilnie i dawny kościół katedralny w Płocku. Wskazać tutaj można jeszcze kolegiatę w Tumie koło Łęczycy. Badania sakralnej topografii wczesnośredniecznego Krakowa pozwalają na wysunięcie śmiałej hipotezy, że Kraków pierwszych Piastów był świadomą architektoniczną kopią Akwizgranu Ottona III, które to miasto Chrobry, towarzysząc cesarzowi w powrocie z Gniezna do Niemiec, najprawdopodobniej oglądał na własne oczy. Proimigracyjna polityka Piastów nie różniła się w tym względzie od polityki dworów innych młodych państw środkowej Europy. Wszędzie w tym regionie postrzegano biegłych w swoich profesjach cudzoziemców (a byli nimi tutaj z racji bezpośredniego sąsiedztwa głównie Niemcy) jako cennych pośredników w przekazywaniu zdobyczy kulturowych i cywilizacyjnych z zachodu kontynentu. Stąd przypisywany mylnie św. Stefanowi węgierskiemu XII-wieczny traktat o obowiązkach władców poucza wręcz, że „królestwo jednego języka i jednakowych obyczajów słabe jest i kruche”, cudzoziemcy zaś przynoszą ze sobą nie tylko „rozmaite języki i sposoby życia”, ale i bogactwo „rozmaitych nauk i biegłości techniczno-militarnej”. Niczym w soczewce odzwierciedla się ten proces w epoce Jagiellonów. Rozległa, wielonarodowa Polska jagiellońska była widownią wielu cudzoziemskich karier dworsko-politycznych, kościelnych, ekonomicznych i artystycznych. Stały się one udziałem jej nowych obywateli, „wmieszkanych Polaków”, jak polszcząc się, sami siebie nazywali. Prym wiedli wśród nich Niemcy, zarówno z racji geograficznego sąsiedztwa, jak i parowiekowej już tradycji masowego osadnictwa w Polsce. Dostarczali nowej ojczyźnie oddanych dostojników państwowych i kościelnych, uczonych, żołnierzy, budowniczych, kupców i rzemieślników. Napływ nowej fali przybyszów (przede wszystkim z wysoko rozwiniętego południa i zachodu Niemiec, w tym z terenów dzisiejszej Szwajcarii ), mniej liczebnej aniżeli w średniowieczu, był jednak bardziej istotny. Napływali teraz do Polski ludzie, którzy przynosili ze sobą praktyczną znajomość funkcjonowania prawideł gospodarki wszesnokapitalistycznej oraz rozwiniętych technik przemysłowych w zakresie górnictwa, hutnictwa, odlewnictwa, druku i produkcji papieru. A tych potrzebowała wyrastająca na europejskie mocarstwo Polska jagiellońska bardzo pilnie. Stąd udzielała cudzoziemcom atrakcyjnych monopoli (jakie nie były już do pomyślenia na Zachodzie), zwolnień od ceł, wyłączała cennych przybyszy spod kontroli miejskich władz sądowych, podporządkowując ich bezpośrednio jurysdykcji królewskiej itp. Nie można sobie dzisiaj wyobrazić ówczesnej Polski choćby bez wywodzącego się z Landau w Palatynacie i osiadłego w Krakowie w latach 80. XV w. rozgałęzionego rodu Bonerów. Jan (Hans), twórca potęgi rodu, i jego bratanek Seweryn finansowali dwór i wojny, także przeciwko Krzyżakom, trzech królów polskich: Aleksandra Jagiellończyka, Jana Olbrachta i Zygmunta Starego. Będąc królewskimi bankierami, a faktycznie ministrami skarbu, kontrolowali finanse monarchii, wywierając dyskretny, ale konkretny wpływ na jej politykę. Zwłaszcza rządy Zygmunta Starego inaczej mogły się były potoczyć bez pieniędzy, dostaw broni i międzynarodowych kontaktów Bonerów (znakomitych z Fuggerami, z czego korzystał także polski Kościół). Od Jana Bonera datuje się w Polsce nieznany tu w średniowieczu rozdział prywatnego skarbu królewskiego od państwowego. Następcy Jana, nobilitowanego w 1514 r., osiągnęli szczyty kariery polskiej arystokracji, piastując urzędy od kasztelańskich po senatorskie. Z tych pozycji społecznych udało im się też odegrać wielką rolę w rozwoju reformacji w Małopolsce. Przykład Bonerów (czy choćby współczesnego im Justa Ludwika Decjusza, królewskiego sekretarza i apologety dynastii Jagiellonów, reformatora polskiego systemu monetarnego i inspiratora polsko-pruskiej unii walutowej - rodem z alzackiego Weißenburga) pokazuje też, że w odróżnieniu od średniowiecznej migracji nowi przybysze niemieccy polonizowali się dużo szybciej, często już w pierwszym lub drugim pokoleniu. Zasługi polonizujących się szybko drukarzy krakowskich (Unglerów, Hallerów, Wietorów itd.) dla polskojęzycznego drukarstwa rodziły się z ich postawy w tej mierze, której najtrafniejszy wyraz dał Hieronim Wietor w przedmowie do jednej ze swoich ksiąg: „Będąc ja wmieszkanym, a nie urodzonym Polakiem, nie mogę się temu wydziwić, gdy wszelki inny naród język swój przyrodzony miłuje, szyrzy, krasi i poleruje, czemu sam polski naród swym gardzi i brząka, który mógłby iście, jako ja słyszę, obfitością i krasomową z każdym innym porównać”. Krakowskie środowisko drukarskie utrzymujące przodującą pozycję w kraju do końca XVI w. pracowało w znacznej mierze na potrzeby wszechnicy jagiellońskiej. Mistrzów „czarnej sztuki” (jak ją wówczas nazywano) ściągnęła pod Wawel europejska sława uniwersytetu przebijającego poziomem nauk matematyczno-astronomicznych i humanistycznych ówczesne uczelnie niemieckie. Stąd nieprzerwany przez niemal dwa wieki napływ studentów niemieckich do Krakowa, gdzie z racji swej liczebności mieli własną bursę (a nawet dwie, bo istniała też odrębna bursa dla Niemców węgierskich). Niemcy wszakże, którzy wnieśli swój wkład w odrodzenie uniwersytetu na przełomie XIV i XV w., współtworzyli również znacząco jego renomę jako wykładowcy i rektorzy, od Mateusza z Krakowa na początku XV w., przez Rudolfa Agricolę wiek później, aż po Andreasa Schoneusa (Schöna) na przełomie XVI i XVII w. Do rozwoju wczesnego humanizmu renesansowego w Polsce przyczynił się z całego grona aktywnych tu jego niemieckich szermierzy najwydatniej Konrad Celtis (właśc. Pickel), student i wykładowca w Krakowie. Założył w mieście pod koniec lat 80. towarzystwo literackie Sodalitas Litteraria Vistulana, które, skupiając w swoich szeregach głównie żywioł niemiecki, przygotowało jednak grunt pod rewolucję humanistyczną w Polsce. Niemcem z pochodzenia był także pierwszy renesansowy poeta polsko-łaciński Paweł z Krosna, wykształcony w Gryfii (Greifswald), a od 1507 r. wykładowca krakowskiej wszechnicy. Największą do dzisiaj jej chlubą pozostaje jednak Mikołaj Kopernik, który studiował tu w latach 1491–1495, stworzył zręby swojej teorii heliocentrycznej i opublikował swoją pierwszą książkę, łaciński przekład Listów Teofilakta z Symokatty w 1509 r. Dobrze, że przestaliśmy już toczyć z Niemcami nacjonalistyczne i ahistoryczne spory o polskość czy też niemieckość Kopernika. Tak jak nie ulega wątpliwości, że pochodził z rodziny niemieckiej, tak nie można kwestionować, że urodził się w polskich już Prusach i był oddanym patriotą Polski. Jest nieporozumieniem przenoszenie naszych dzisiejszych wyobrażeń i kryteriów narodowych na czasy Rzeczypospolitej wielu narodów XV i XVI w., kiedy na pytanie: „Kto ty jesteś?”, nie słyszało się: „Polak mały”, lecz: canonicus cracoviensis, nationae polonus, gente ruthenus, originae judaeus”. Przypomnijmy: to wtedy niemieccy Bonerowie finansowali polskie wojny Zygmunta Starego z niemieckim zakonem krzyżackim. Zasobniejąca szybko Polska jagiellońska, mnożące się fortuny mieszczańskie, szlacheckie i kościelne, których właściciele poszukiwali dla nich decorum artystycznego, coraz powszechniejsze zagraniczne obycie Polaków, chętnie przeszczepiających zachodnią kulturę do kraju – wszystko to stanowiło silny magnes także dla niemieckich artystów. Oczywiście ściągali ich do Polski w niemałej mierze sami ich ziomkowie, którym się tu powiodło, a którzy pielęgnowali jeszcze kontakty ze starą ojczyzną.Takim sposobem trafił do Polski pod Wawel najwybitniejszy obok Tilmana Riemenschneidera rzeębiarz póęnego średniowiecza Veit Stoß, zwany z polska Witem Stwoszem (o którego rzekomą polskość staczano u nas boje jeszcze bardziej żenujące aniżeli o Kopernika). W Krakowie spędził ponad trzydzieści pracowitych lat i stworzył na zlecenie rady miejskiej między innymi dzieło swego życia, główny ołtarz do kościoła Mariackiego (1477–1489). Na kilka lat przed powrotem do rodzinnej Norymbergi wyrzeębił we współpracy z Jörgiem Huberem z Passawy nagrobek Kazimierza Jagiellończyka. Długi pobyt w Polsce, z powodu którego nazywano go tam dla odróżnienia od innych norymberskich Stoßów „Polakiem”, posiadane przezeń prawa miejskie Krakowa, a i fakt, że wrócił tu z Norymbergi jego syn i mieszkał w latach 1505–1527 jako mistrz cechowy Stencel Stoß Snyczer, zakompleksieni polscy pseudohistorycy przytaczali jako dowody na polskość Wita Stwosza. Do jagiellońskiej stolicy trafili i bracia Dürerowie. Jeden z nich – Hans – został nadwornym malarzem Zygmunta Starego, zamieszkał w grodzie nad Wisłą, gdzie też i zmarł. Już same te nazwiska poświadczać mogą atrakcyjność mecenatu artystycznego w Polsce doby jagiellońskiej, a stosowny rejestr długo można by ciągnąć. Szczególną pozycję, jaką zajmował pod tym względem Kraków, tłumaczyć należy faktem, że tam właśnie w dobie gotyku najsilniej rozwinęło się rzemiosło artystyczne. Toteż nie jest przypadkiem, że i epokę renesansu otwierają w Krakowie dzieła niemieckich artystów-rzemieślników Hansa Behama i Petera Vischera. Nasilająca się w drugiej połowie XVI w. pod berłem Habsburgów kontrreformacja oraz wojna trzydziestoletnia w pierwszej połowie XVII w. wypędziły z krajów niemieckich do Polski nie tylko osadników wiejskich, ale także kupców i rzemieślników. Przybywając głównie z Czech i Śląska, osiedlali się przede wszystkim w Wielkopolsce (najpierw w Lesznie i Poznaniu), ale także i w Polsce centralnej, gdy tam – jak na przykład w Poznaniu w latach 1606–1616 – płonęły kościoły ewangelickie. Arcykatolicki Zygmunt III Waza to już nie jagielloński Zygmunt August, o którym włoski prałat Bernardo Bongiovanni donosił pół wieku wcześniej do Rzymu, że „z heretykami rad obcuje, w rozmowach i przy stole. Przyjmuje od nich listy, ich książki kupuje i czyta”. Ale i kontrreformacja polska nie mogła się równać z habsburską. Niemieccy przybysze wciąż przeważali procentowo wśród ogółu nowych mieszkańców miast. Dworem królewskim w Warszawie filoniemieckiego Wazy, który zaprowadził na nim porządki przejęte z cesarskiego Wiednia, dyrygował czysto niemiecki personel sprowadzony do tej służby aż z Bawarii. Zjawiskiem jakościowo swoistym na tle tej migracji były powstające od lat 20. XVII w. wzdłuż jego zachodniej rubieży miejskie ośrodki sukiennicze. Zakładali je protestanccy uchodęcy ze Śląska (rosnąca liczba uciekających stamtąd do Polski przed Habsburgami imigrantów miała się zamknąć w tym stuleciu liczbą 30 000), gdzie przemysł ten był już dobrze rozwinięty. Imigranci albo dobudowywali nowe dzielnice (tak zwane Nowe Miasta) do istniejących już miast, na przykład we Wschowej, Odolanowie czy Zdunach, albo zakładali nowe miasta (czasem na miejscu dawniejszych wsi i podobnych osad), jak na przykład Swarzędz, Rawicz czy Szlichtyngowa. Rozwinięte przez przybyszy sukiennictwo ze względu na wysoką jakość wyrobów złamało wkrótce dominację eksportowego sukna angielskiego na rynku polskim, co nota bene nie pozostało bez wpływu na dochody uskarżających się na to gdańszczan. Kunszt niemieckich sukienników sprawiał, że byli poszukiwanymi specjalistami i w głębi kraju, gdzie ściągali ich do swoich dóbr (na przykład pod Łuków pod Lublinem czy do Węgrowa koło Warszawy) tamtejsi magnaci. Podczas wojny trzydziestoletniej Polska udzielała azylu także uchodęcom indywidualnym, niekoniecznie tylko kupcom czy wysoko kwalifikowanym rzemieślnikom. Bodaj najsłynniejszym z nich był Martin Opitz, najwybitniejszy wówczas twórca literatury niemieckiej, którego Władysław IV obdarzył w 1637 r. godnością swego historiografa i sekretarza. Były to już wszelako czasy, gdy możliwe były w Polsce i odwrotne sytuacje: żniwo zbierała kaznodziejska praca Piotra Skargi upatrującego źródła zła, jakie zaczęło toczyć Rzeczypospolitą, w tej „ohydnej przywarze, jaką jest tolerancja”. Podkrakowski szlachcic wywodzący się z niemieckich patrycjuszy tego miasta, luteranin Stanisław Scheffler, pan na Borowiczach, wyemigrował w latach 20. XVII w. z powodu swego innowierczego wyznania na Śląsk do Wrocławia, gdzie przyszła na świat inna chluba XVII-wiecznej literatury niemieckiej, jego syn Johannes, znany bardziej pod pseudonimem Angelusa Silesiusa. Wojna ze Szwedami w połowie wieku dodatkowo pogorszyła położenie protestantów w Polsce, Szwedzi bowiem, mianując się ich obrońcami (część kalwinów i socynian rzeczywiście przeszła na stronę Karola Gustawa), rzucili na nich tym samym odium zdrady politycznej. Propaganda kontrreformacyjna wykorzystała tę sytuację, kreując i rozpowszechniając mit zdrady narodowej ze strony wszystkich protestantów. Chętnie weń wierzono, chociaż na przykład luterańskie miasta Prus Królewskich z Gdańskiem na czele wiernie trwały podczas konfliktu przy Janie Kazimierzu. Protestanci byli jednak kozłem ofiarnym, który pozwalał zapomnieć o zdradzie szlachty katolickiej, która w początkowej fazie wojny dosyć masowo przecież opuszczała własnego króla. Antyniemiecka fobia widoczna była w XVI w. raczej sporadycznie. Jan Kochanowski powtarzał jeszcze dosyć powściągliwie za podkanclerzym Piotrem Myszkowskim w Satyrze: „Tego tam nie wiem, jaką przyjaęń z Niemcy macie,/Albo jako daleko sobie dziś ufacie./To tylko znam, że na was pilne oko mają,/ Y co rok, to się pod was bliżej podsadzają”. Zjawiskiem masowym stała się w drugiej połowie XVII w. na fali ideologii sarmackiej, w atmosferze spisku zawiązanego jakoby na pohybel Rzeczypospolitej przez jej innowierczych wrogów zewnętrznych i wewnętrznych, co owocowało upowszechnianiem się stereotypu: szlachcic-Polak-katolik. W latach 80. Wacław Potocki dawał już wyraz powszechnej opinii, kiedy notował w Moraliach: „Nigdy w szczerej nie żyli Polak z Niemcem zgodzie./Polaka pycha, Niemca wolność bodzie./Stąd przypowieści miejsce, że póki świat światem,/Nie będzie nigdy Niemiec Polakowi bratem”. Ten antyniemiecki uraz nie był oczywiście wówczas zjawiskiem wyizolowanym, lecz przejawem rosnącej ksenofobii Polaków owej doby. Stąd próby jezuickiej propagandy skorygowania owego porzekadła w tym sensie, że to nie Niemiec, nie cudzoziemiec, lecz innowierca (dysydent, jak powiadano) nie może być Polakowi bratem. Takie stanowisko jezuitów zaskakiwać nie może, jeśli zważyć, że to cudzoziemcy właśnie (na poczesnym miejscu Niemcy) stanowili w XVI i XVII w. trzon kierownictwa tego zakonu w Polsce. Ksenofobia kulminująca w dawnej Rzeczypospolitej wielu narodów w pierwszej połowie XVIII w. wiąże się i w tym okresie nierozerwalnie także z afektem antyniemieckim. Są to czasy saskie w Polsce. Intensywność uwagi poświęcanej przez społeczeństwo polskie w tym kontekście Niemcom wynikała najpierw z ich fizycznej obecności we wszystkich regionach kraju, którą to unia z Saksonią w sposób naturalny na rozmaitych poziomach jego funkcjonowania jeszcze pomnożyła. Emocjonalnie negatywne zabarwienie okazywanego im zainteresowania brało się z kolei z faktu, że byli to w znakomitej większości przypadków luteranie. Więzy wyznaniowe zaś ceniono wyżej od czysto etnicznych. (To dlatego Wettyni, chcąc rządzić Polską, musieli przejść na katolicyzm.) Na ziemiach polsko-niemieckiego pogranicza, na przykład w Wielkopolsce, antagonizm religijny już od końca XVI w. współokreślał konflikt narodowy. Ten mechanizm legł też u podstaw tak zwanego tumultu toruńskiego w 1724 r., którego ofiarami padli niemieccy luteranie i który ponurym cieniem zaciążył nad opinią Polski w Europie. Zbitka pojęciowa: heretyk (luter) = Niemiec zadomowiła się w polskiej (zwłaszcza ludowej) świadomości narodowej na długie lata. Jedna jeszcze kwestia ważyła w Polsce w sposób istotny na negatywnym stosunku (zwłaszcza wśród szlachty) do Niemców: absolutyzm był formą rządów powszechnie spotykaną w krajach niemieckich, a zarazy pod nazwą absolutum dominium polska szlachta obawiała się jeszcze bardziej niż protestantyzmu. W czasy saskie Polska wchodziła więc, jeśli chodzi o nastawienie do Niemców, z podwójnym obciążeniem hipotecznym, bo religijno-politycznym. Chociaż było ono jak najbardziej realne, to przecież dopiero póęna potomność (z sugestywną twórczością Józefa Ignacego Kraszewskiego na czele) wpisała ocenę epoki saskiej w konflikt polsko-niemiecki. Z tej perspektywy jawiła się już ona tendencyjnie jako jedno pasmo totalnego upadku Rzeczypospolitej, którego logicznym następstwem były rozbiory. Winni byli niemieccy Wettyni, a na tle przypisywanej im winy tym większym blaskiem jaśnieć musiała niedola ich polskiego konkurenta Stanisława Leszczyńskiego. Gdy jednak prowadzony na sztokholmskim pasku Leszczyński ani myślał zrzucić z siebie obroży, to przecież Wettyni (których winą było, jak zauważa Norman Davies, „że sami dosyć wcześnie wpadli w ręce Rosji” i doprowadzili tym samym Polskę „do rosyjskiego obozu”) próbowali, co prawda bezskutecznie, uwolnić się spod rosyjskiej kurateli. Nastroje antyniemieckie podnosiły się i opadały wówczas w zależności od wydarzeń politycznych. Mnożyły się po proklamacji królestwa w Prusach Wschodnich w 1701 r. przez Fryderyka III (polski sejm uznał ją dopiero w 1764 r.), podczas II wojny północnej, po tumulcie toruńskim czy podczas bezkrólewia lat 1733–1734. Na co dzień „Polak korzystał z dobrze opłacanej służby niemieckiej [rzemieślniczej, urzędniczej, wojskowej, lekarskiej itp.– M.Z.], lecz lgnął wyłącznie do mowy, myśli, książki francuskiej” i bynajmniej nie widział w Niemcu swego „przyrodzonego” wroga, pogardzał nim co najwyżej jako herbowy szlachcic lub zazdrościł mu lepszej pozycji ekonomicznej jako mieszczanin czy włościanin. Jako przedstawiciel „stanu uczonego” potrafił (aby uzupełnić przytoczoną tu opinię Aleksandra Brücknera współczesną charakterystyką) patrzeć na niego nader przychylnie: „Niemcy są pięknej kompozycji, wolności sprzyjający, przyjaciele czyli nieprzyjaciele odkryci, ludzcy [...], do nauk tak mechanicznych jak liberalnych się aplikujący. Bitni na wojnach i kapitanów, officyerów, generałów etc. mających wielu sposobnych na wojnę, jako i w tym wiedzieć możemy, że się dobrze stawiali, tak przeciwko Turkom jako i pogranicznym różnym monarchom. Inwencji wielu ten naród z siebie ma, do których się bardzo aplikuje, jako i druk, proch, działa są ich industrii” – pisał w swojej historycznej geografii świata z 1740 r. Władysław Łubieński. Sama unia z Saksonią nie była z natury swojej szkodliwa dla Polski. Po wojnach toczonych za Augusta II odbudowywali Polskę także sprowadzani z Niemiec osadnicy i specjaliści, na przykład górnicy czy manufakturzyści. Znane powszechnie porzekadło: „Za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa” narodziło się w warunkach przeszło trzydziestoletniego pokoju, jaki nastał w kraju pod panowaniem Augusta III. Umęczone wcześniej przemarszami obcych wojsk, kontrybucjami i klęskami gospodarczymi społeczeństwo, uwolnione teraz z większości świadczeń na rzecz państwa obowiązujących w innych krajach, a tym samym i od presji wszechobecnej tam administracji, korzystało z życia. „Dobre czasy, pokój ciągły, obfitość wszystkiego, całą myśl obywatela rozrywkami i uciechami zajmowały”, wspominał pod koniec wieku Jędrzej Kitowicz. Grzechem niezreformowania Rzeczypospolitej, której funkcje państwowe zaczęły pod koniec rządów saskich w istocie obumierać („rozrywane raz w raz sejmy nikogo nie wabiły do zatrudniania się około dobra publicznego”, notuje tenże sam dziejopis), obciążać trzeba w pierwszym rzędzie rodzimą magnaterię blokującą takież plany Wettynów nawet przy pomocy mocarstw ościennych. Fakt, iż świadomość potrzeby reform przetrwała i narastała, aby doczekać się prób realizacji za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, przypisać trzeba w dużej mierze niemieckim uczonym, filozofom, wydawcom i artystom, którzy wnieśli wielki wkład w dzieło modernizacji szlacheckiej Polski od czasów wczesnego oświecenia aż po kres jej istnienia. Byli to z jednej strony Niemcy, poddani polscy, mieszkańcy ziem i ośrodków bezpośrednio związanych z kulturą niemiecką, a więc Prus Królewskich i przodujących w nich Gdańska i Torunia. Wymienić trzeba spośród nich na przykład gdańskiego historyka Gotfrieda Lengnicha czy toruńskich redaktorów-publicystów Samuela L. Gereta i Teodora Baucha. Z drugiej strony byli to Niemcy napływający do Polski w okresie unii saskiej, aby wskazać tu przede wszystkim na księgarza Michała Grölla i polihistora Wawrzyńca Mitzlera de Kolofa. To spod pióra Mitzlera wyszła zwięzła i celna ocena ówczesnej imigracji niemieckiej do Polski: „Niemcy są pożyteczniejsi dla Polski aniżeli panowie Francuzi, którzy jeżeli tylko czegoś się dorobią, chętnie wracają do Francji. Inaczej zaś uczciwy i wytrwały Niemiec, który, skoro widzi, że może mieć z tego pożytek, staje się łatwo osiadłym i prawdziwym mieszkańcem kraju, z czego Rzeczpospolita ma o wiele więcej korzyści”. Niemiecko-polska współpraca nad dziełem reformy wspólnej ojczyzny jest u schyłku starej Rzeczypospolitej refleksem zamierzonej współpracy z epoki jej gnieźnieńskiego brzasku, a swoją wewnętrzną dynamiką i treścią najbardziej przypomina zygmuntowskie czasy Bonerów, Turzonów czy Decjuszy. Wraz z I rozbiorem Polski w 1772 r. poczęły się kurczyć polityczne granice państwa polskiego, a rozwijać etniczne granice narodu polskiego. Zaczęły się zmieniać dotychczasowe relacje między sąsiadującymi dotąd ze sobą w jednym polskim organizmie państwowym Polakami i Niemcami, którzy w obydwu niemieckich monarchiach zaborczych – nie zmieniając miejsca zamieszkania – zamienili status z mniejszości na uprzywilejowaną większość. Z klinczu nacjonalizmów, które symetrycznie wpływały na wzrost wzajemnej agresji, czerpiąc w gruncie rzeczy z tej samej mitologii i symboliki historycznej (by wskazać tylko na instrumentalizację kompleksu krzyżackiego przez obydwie strony), zwycięsko wyszli w 1918 r. Polacy. Stało się tak jednak przede wszystkim w wyniku międzynarodowego rozkładu sił po wojnie. Fakt, że odradzająca się Polska musiała powstać głównie kosztem terytorialnej masy upadłościowej Niemiec i Rosji (które zaanektowane i kolonizowane przez siebie w ciągu niemal półtora wieku ziemie przywykły uważać za własne), krył w sobie od początku zarzewie przyszłego konfliktu na tle rewizjonistycznym z ich spadkobiercami – Republiką Weimarską i Rosją Radziecką. II.Około roku 1918 polski obraz Niemiec i Niemców określany był zasadniczo przez dwa czynniki. Po pierwsze kształtował go ciężar jego własnej tradycji z całego wieku XIX, w której antyniemieckość i sympatie proniemieckie równoważyły się mniej więcej nawzajem. Działo się tak głównie dlatego, że polski obraz Niemiec był wówczas (aż do powstania bismarckowskiej Rzeszy Niemieckiej) z powodu braku jednolitego państwa niemieckiego geograficznie zróżnicowany: podczas gdy Polacy negatywnie postrzegali na ogół państwo pruskie, to już z sympatią odnosili się generalnie do Sasów, Bawarów, Szwabów i Nadreńczyków, pamiętając o ich poparciu dla Powstania Listopadowego. Rzecz charakterystyczna, że po utworzeniu Rezszy Niemieckiej w 1871 r. regionalny dotąd raczej konflikt polsko-pruski zaczął się przekształcać w narodowy konflikt polsko-niemiecki, co było zresztą procesem generowanym także przez stronę niemiecką: na poczesnym miejscu przez założony w 1894 r. Niemiecki Związek Wschodni (Deutscher Ostmarkenverein). Wraz z proklamacją niepodległej Polski w 1918 r. proces ten osiągnął swoje tymczasowe apogeum. Był to ów drugi czynnik, który u progu nowej polskiej państwowości w sposób istotny wpływał na polski obraz Niemiec. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że wraz z ówczesną restytucją państwa polskiego istniały wbrew pozorom realne szanse na pozytywną modyfikację obrazu Niemiec i Niemców w społeczeństwie polskim. Zajęcie przez wojska niemieckie tzw. „Polski kongresowej”, czyli ziem byłego zaboru rosyjskiego nie zaowocowało tam nowymi antagonizmami polsko-niemieckimi. Także walki o Górny Śląsk, mimo towarzyszącej im po obydwu stronach masowej ‘czarnej’ propagandy, nie pogrzebały owych szans i nie pozostawiły po sobie w spadku (inaczej aniżeli w Niemczech!) nowego obrazu niemieckiego wroga, który zdominowałby ówczesną polską opinię publiczną. Było mianowicie rzeczą nierealistyczną uzyskanie poparcia dla antyniemieckiej opcji Polaków z Wielkopolski czy Górnego Śląska wśród Polaków z ziem zaboru rosyjskiego czy austriackiego, bowiem ich obraz Niemców i Niemiec kształtowały odmienne doświadczenia historyczne. Obywateli mających w pamięci długi okres zniewolenia pod rozmaitymi zaborcami i różnorakie doświadczenia emigracyjne, nurtowało po odzyskaniu własnej państwowości najpierw zagadnienie jednolitego „portretu własnego Polaków”, ich wspólnej samoświadomości społeczno-historycznej, na której to podstawie dałoby się na nowo zdefiniować wrogów i przyjaciół. Fakt, że okoliczność ta miała pozostać wszakże dla strategicznej kreacji nowych stosunków polsko-niemieckich bez większego znaczenia, wynikał z permanentnej polityki rewizjonistycznej w kwestii granicznej, jaką kolejne rządy Republiki Weimarskiej prowadziły wobec Polski, co zaowocowało w społeczeństwie polskim rozwojem negatywnego nastawienia wobec Niemiec i Niemców. Nasilający się rewizjonizm strony niemieckiej, powstały jako reakcja na restytucję państwa polskiego częściowo z masy upadłościowej rozbitego cesarstwa wilhelmińskiego, zrodził w Polsce syndrom „niemieckiego zagrożenia”. Tutaj bowiem postrzegano kresy zachodnie, należące jeszcze do niedawna do Rzeszy Niemieckiej, jako polskie ziemie historyczne, ba - kolebkę państwowości polskiej, które obecnie w ramach przywracania przedrozbiorowego status quo ante jak najbardziej słusznie wróciły do nowej Polski. Aby przekonać społeczeństwo o „niemieckim zagrożeniu” i zmobilizować je mentalnie do obrony, oficjalna propaganda ‘podbudowywała’ je historycznie eksploatując w tym celu jednostronnie okresy konfliktów w stosunkach polsko-niemieckich i starając się wykazać w nich rzekomo właściwy naturze niemieckiej pęd do ekspansji militarnej jako typowo „praniemieckie zachowanie”. Manipulowano przy tym głównie tradycją zakonu krzyżackiego i fryderycjańskich Prus: postacie krzyżaka i Prusaka, ukazywanych jako krwawych Polakożerców, były ulubionymi rekwizytami tej propagandy. Symptomatyczne dla manifestującej się w tych zabiegach postawy psychicznej było to, że niezależnie od poczucia triumfu z własnego sukcesu i zadowolenia z klęski mocarstwowych Niemiec, nigdy nie uwidoczniło się w nich niedocenianie Niemiec, które jako przeciwnik traktowane były z całą powagą. Deprecjonując Niemców w potocznej komunikacji językowej (kryżak to także w polszczyźnie pająk, a prusak – karaluch), nigdy ich nie bagatelizowano. Wymownie biją z takiej postawy polskie lęki przed możliwym powtórzeniem się militarnej konfrontacji z Niemcami, których wynikającą z przegranej wojny słabość uznawano za jedynie przejściową. Kariera, jaką w powojennych Niemczech zrobiło powiedzenie o „zbójeckim państwie sezonowym” pod adresem Polski oraz odmowa kolejnych rządów weimarskich do zawarcia z Polską podobnych traktatów gwarancyjnych jak z Francją w Locarno czy Rosją Sowiecką w Rapallo, skutecznie pogłębiały i utrwalały owe lęki i obawy. O ile przeradzały się one w środowiskach zorientowanych nacjonalistycznie w antyniemieckie uprzedzenia i stereotypy, o tyle wskazywały one czynnikom oficjalnym na konieczność poszukiwania porozumienia z Republiką Weimarską, o co też polski rząd intensywnie zabiegał – wszelako pod niezbywalnym dla polskiej racji stanu warunkiem zaakceptowania przez stronę niemiecką istniejących granic. Ku powszechnemu zaskoczeniu tak polskiej jak i zagranicznej opinii publicznej do faktycznego przełomu w tych wysiłkach doszło po przejęciu władzy w Niemczech przez narodowych socjalistów, kiedy to Trzecia Rzesza nieoczekiwanie zawarła z Polską w styczniu 1934 r. pakt o nieagresji. Po Austriaku Hitlerze zaczęto sobie w Polsce obiecywać, że być może skutecznie potrafi on w Niemczech połyżyć tamy antypolonizmowi pruskiej proweniencji. W istocie z miejsca dało się zaobserwować wydane wyciszenie negatywnej propagandy w mediach obydwu krajów. Z programów teatrów, kin, stacji radiowych, a nawet z tablic okolicznościowych usuwano teraz przekazy i teksty mogące zakłócać „dobrosąsiedzkie stosunki”, o jakie starały się teraz obydwie strony. Niemiecki zakaz wznowień antypolskiego pamfletu Friedricha von Oertzena „Das ist Polen” z 1931 r., uhonorowano w Polsce skreśleniem z kanonu lektur szkolnych sienkiewiczowskich „Krzyżaków”, książki, w której polska demonizacja Niemców osiągnęła swoje dotychczasowe apogeum. O utartym podówczas w społeczeństwie polskim obrazie Niemców socjolog Stanisław Bystroń pisał w połowie lat trzydziestych: „Wobec tych ludzi, obcych pochodzeniem, językiem, kulturą, światopoglądem, często także i religią, wytwarza się w ciągu wieków dość jednolita opinia ludności polskiej, częściowo do dziś dnia jeszcze się tradycyjnie utrzymująca, mimo że stosunki polsko-niemieckie uległy istotnym zmianom. Opinia ta jest niechętna, czasem wprost lekceważąca czy pogardliwa, w najlepszym razie wyczekująco naturalna, czy też bezinteresownie satyryczna. Nie należy zapominać, że opinię tę tworzył szlachcic, który się za kandydata do tronu uważał i lekceważył kolonistę czy mieszczanina Niemca, a nawet i szlachcica niemieckiego, służącego w cudzoziemskim autoramencie; podtrzymywał tę opnię polski mieszczanin czy chłop, z nienawiścią patrzący na sukcesy pracowitego i oszczędnego Niemca” Jak widać, w przytoczonej charakterystyce chodzi o wariant sąsiedzkiego modus vivendi, który trudno nazwać przyjacielskim, który jednak nie jest też wrogim. Mówiąc o „istotnych zmianach”, nawiązuje Bystroń do dobroczynnych skutków układu z 1934 r. W rzeczy samej Polacy skłonni byli wówczas hołdować pozytywnemu obrazowi Niemców i Niemiec. Historyk Tomasz Szarota przypomina, że „łączono wtedy z niemieckim charakterem narodowym, i to wcale często, takie cnoty jak rzetelność, dokładność, oszczędność, sumienność, zmysł organizacyjny, umiłowanie porządku, odowiedzialność, dyscyplinę i wysoki poziom kultury”. Kiedy już w 1939 r. za sprawą układu sojuszniczego Warszawy z Londynem, a zwłaszcza w rezultacie polskiej odmowy pójścia na koncesje wobec Niemiec w kwestii „korytarza”, krótki okres polsko-niemieckiego ocieplenia stosunków przeszedł do historii, polski minister spraw zagranicznych Jozef Beck wygłosił 5 maja 1939 r. słynną mowę przed sejmem. Podkreslił w niej, że Polska także po wypowiedzeniu przez Niemcy paktu o nieagresji szukać będzie nadal dróg porozumienia z zachodnim sąsiadem. Katastrofy nie można już było jednak powstrzymać, tym bardziej, że Polska ze względów swojej racji stanu (dostęp do Bałtyku) nie była gotowa szukać owego porozumieniaza wszelką cenę – co podkreślił w swojej mowie także i Beck. Zatrzymana w 1934 r. propagandowa wojna mediów odżyła ze zdwojoną siłą. „Niemieckie zagrożenie” zawisło z powrotem nad Polską niczym miecz Damoklesa, który 1 września 1939 r. rzeczywiście spadł, rozpoczynając II wojnę światową. IIIDruga wojna światowa pozostawiła po sobie w Polsce totalnie negatywny wizerunek Niemiec i Niemców. Stosunki polsko-niemieckie znalazły się w 1945 r., historycznie rzecz biorąc, w punkcie zerowym. Nie przypadkiem pierwszą książką wydaną w oswobodzonej z okupacji niemieckiej Polsce byli „Krzyżacy” Sienkiewicza. I rzeczywiście to w dużej mierze literatura miała w nadchodzących latach kreować w społeczeństwie polskim wrogi obraz Niemca. Uprawiana przez pisarzy demonizacja Niemiec i ich historii wynikała z dwojakich powodów: miała po pierwsze przedstawiać i uprawomocniać wysiedlenie Niemców z tzw. Ziem Odzyskanych jako poźny akt sprawiedliwości dziejowej - w domyśle: zasłużonej zemsty. Zaczęto się odwoływać, tak jak i przed wojną, do przykrytych historycznym kurzem wzajemnych konfliktów („piastowskie” powieści K. Bunscha!) i propagandowo podsycać dawny stereotyp o rzekomej odwiecznej wrogości między Niemcami i Polakami w myśl porzekadła, że „jak świat światem, nie będzie Niemiec Polakowi bratem”. Po drugie była ona przejawem politycznego koninkturalizmu pisarzy, budujących swoje kariery w nowych warunkach ustrojowych. Aby wyprzeć z pamięci społecznej ogrom sowieckich zbrodni popełnionych na narodzie polskim w niedawnej przeszłości, propagandyści w sposób jednostronny konfrontowali społeczeństwo poprzez medium literatury tylko ze zbrodniami niemieckimi. Demonizacja wszystkiego, co niemieckie, w okresie powojennym różniła się zasadniczo od nastrojów społecznych w Polsce po I wojnie światowej, nie mniej jednak odwoływała się także do lęków znanych i w tamtym czasie. Podonie jak po uprzedniej wojnie i tym razem Polska wymazana z mapy Europy przez III Rzeszę i Rosję Sowiecką odrodziła się w 1945 r. w dużej mierze w rezultacie międzynarodowej gry dyplomatyczno-politycznej, w przebiegu której uzyskała nowe, wytyczone jej przez mocarstwa granice. Także i tym razem odbyło się to kosztem terytorialnych strat niemieckich. Nie mogą więc dziwić obawy przed nowym rewizjonizmen niemieckim, żywione zwłaszcza wśród ludności przesiedlonej z kresów wschodnich i osadzonej na nowych, uzyskanych na Zachodzie i Północy terenach. Stary syndrom „niemieckiego zagrożenia” nabrał nowej aktualności. Rzecz charakterystyczna, że w referendum z 30 czerwca 1946 r. 73,1 głosujących odrzuciło granicę na Odrze i Nysie – właśnie z obawy przed spodziewanym rewizjonizmem niemieckim. Zakładano bowiem, i słusznie, że okupacja Niemiec nie potrwa długo. Spodziewano się, że wolne Niemcy upomną się o zabrane im tereny (co potęgowało i tak negatywny wizerunek Niemców), stąd wiara w trwałość nowej polskiej granicy zachodniej była w społeczeństwie wówczas tak nikła. Fakt, że powstała po podziale Niemiec NRD podpisała z Polską pod hegemonialnym naciskiem ZSRR Układ Zgorzelecki, w którym uznała granicę na Odrze i Nysie, nie usunął bynajmniej z polskiej świadomości zbiorowej syndromu rewizjonistycznego,”niemieckiego zagrożenia”. W drugim z nowych państw niemieckich, w RFN powstał mianowicie klimat polityczny, który bardzo sprzyjał rewitalizacji tradycyjnych, niechętnych Polsce i Polakom uprzedzeń, postaw i wzorców myślenia i w którym idea rewizji nowej granicy z Polską była bardzo żywa. Taki rozwój sytuacji w RFN był dla komunistycznej propagandy w Polsce wielce wygodny: w jego świetle bowiem instrumentalizowane przez nią „niemieckie zagrożenie” jawiło się jako całkiem realne. Propaganda ta wskazując na rzekomo odwieczne niebezpieczeństwo zagrażające Polsce z Niemiec, wskazywała jednocześnie na konieczność sojuszu z ZSRR, będącego w takich oklicznościach jedynym gwarantem nowych polskich granic. Innymi słowy: z podtrzymywania w społeczeństwie obrazu niemieckiego wroga i niemieckiego zagrożenia rządząca Polską partia komunistyczna czerpała legitymację swojej władzy. Wobec podzielonych Niemiec Polska zajmowała mieszane stanowisko. Ponieważ NRD jako sojusznik ideologiczno-militarny otrzymała status oficjalnego „przyjaciela”, antyniemieckie resentymenty przeniesiono, także oficjalnie, in toto na Republikę Federalną. Wieńczyło te resentymenty dowodzenie ciągłości (w niewiele zmienionej formie) lub pokrewności instytucji, idei i postaw narodowosocjalistycznych w państwie zachodnioniemieckim, które nazywano też przez jakiś czas „IV Rzeszą”. Nazwa bawarskiej CSU brzmiała w polskiej antyniemieckiej publicystyce niemal tak samo złowrogo jak NSDAP, a politycy Franz-Josef Strauss, Herbert Czaja, Herbert Hupka i magnat prasowy Axel Springer zastąpili w codziennej wojnie propagandowej gazet paladynów III Rzeszy. Jaskrawo faszystoidalny obraz RFN nakreślił w 1967 r. Andrzej Brycht w swoim „Raporcie z Monachium”. Zachodnie Niemcy jawiły się w tej książce w sposób tak ekstremalnie paranazistowski, że książka wywołała w kraju ożywioną publiczną dyskusję nad słusznością prezentowanych w niej tez. W rezultacie rok 1970 przyniósł ripostę w postaci „Raportu z Hamburga” pióra Wiesława Górnickiego, w którym autor starał się udowodnić, że młodej generacji Niemców udało się już wyzwolić z nazistowskich uwikłań pokolenia jej ojców i dziadków. Książka Górnickiego ukazała się wszelako już w czasie, kiedy z jednej strony nowy niemiecki rząd W. Brandta zmieniał dotychczasową politykę względem Polski, a z drugiej nowe polskie kierownictwo polityczne pod przywództwem E. Gierka starało się o zachodnioniemieckie kredyty dla podratowania kiepskie sytuacji gospodarczej w kraju. Ten nowy kurs polityczny, którego ważnym kontekstem był układ warszawski z 7 XII 1970, przyniósł w Polsce wytłumienie agresywnej propagandy antyniemieckiej. W miejsce ataków politycznych, których oś tworzył zawsze rzekomy ciąg przyczynowo-skutkowy: zakon krzyżacki – Prusy – Trzecia Rzesza – rewanżystowska RFN, pojawiły się (stosownie do nowego charakteru wzajemnych stosunków) polemiki gospodarcze i prawne, dotyczące bieżących spraw w tych stosunkach. Ideologia antropologiczno-biologicznego i historycznego fatalizmu, leżąca u podstaw polskiego obrazu Niemiec i Niemców w latach 50-tych i 60-tych, straciła w kolejnej dekadzie swoją wcześniejszą dynamikę, co miało swoje uwarunkowania tak zewnątrz-, jak i wewnątrz-polityczne. Zwłaszcza intensyfikacja kontaktów osobistych między Polakami i Niemcami wskutek otwarcia ganic na Zachód – tak do NRD jak i do RFN – osłabiała stopniowo, ale skutecznie oficjalnie lansowaną negatywną stereotypizację polskiego obrazu Niemca. Zasadniczemu przyspieszeniu proces ten uległ w latach 80-tych. Obnażonę bezlitośnie przez stan wojenny erozję systemu komunistycznego, który jak wiadomo czerpał dotąd legitymację swojej wewnątrz-politycznej władzy w dużym stopniu z instrumentalizacji „niemieckiego zagrożenia”, pogłębiły ówczesna spontaniczna a niespodziewana pomoc społeczeństwa niemieckiego oraz prowadzona w środowiskach opozycji politycznej programowa debata na temat przyszłego charakteru stosunków polsko-niemieckich w jednoczącej się wokół tych samych wartości Europie. Debatę tę, która przygotowała intelektualny, polityczny i społeczny grunt pod przełom w owych stosunkach z lat 1989-1991, otworzył w 1980 r. Stanisław Stomma swoją książką Czy fatalizm wrogości? Jan Jozef Lipski kontynuował ją w swoim dzisiaj już klasycznym eseju Dwie ojczyzny – dwa patriotyzmy (1981), w którym zajmował się „megalomanią i ksenofobią Polaków”. Zamknął ją pod koniec dekady w przededniu „jesieni narodów” Europy Środkowo-Wschodniej w 1989 r. Edmund Osmańczyk, kiedy w katolickim opiniotwórczym tygodniku „Gość Niedzielny” stwierdził: „Mówię wyraźnie – nie będzie niepodległej Polski bez zjednoczonych Niemiec! (...) Jest przecież jasne, że nie może być pełnej wolności dla ludzkości, dopóki istnieć będą zniewolone narody.” Rzecz symptomatyczna, że głos Osmańczyka spotkał się wówczas w Polsce już ze zrozumieniem i dosyć powszechną akceptacją, podczas gdy jeszcze parę lat wcześniej na wystąpienia Stommy i Lipskiego Polacy reagowali często ze sceptycyzmem i z odmową. W tym właśnie uderzająco manifestuje się głęboki przełom, jaki podczas tego dziesięciolecia dokonał się w polskim nastawieniu do Niemiec i do Niemców. Wielką rolę odegrał w tym kontekście i fakt, że w klimacie pierestrojki Gorbaczowa dokonało się w drugiej połowie lat 80-tych w Polsce odtabuizowanie kwestii polskiej historii kresowej i tamtejszego polskiego dziedzictwa kulturowego. Pozytywnie wpłynęło to mianowicie na polską wrażliwść wobec niemieckiego programu pielęgnacji niemieckiego dziedzictwa kulturowego na niegdysiejszym niemieckim Wschodzie i zasadniczo osłabiło stereotyp Niemiec rewanżystowskich. Nieoficjalne polsko-niemieckie kontakty były w owym czasie już bardzo zaawansowane. „Obydwa narody – komentował ten proces publicysta Peter Bender – są dzisiaj dalej, aniżeli ich rządy. To najlepsza rzecz, jaką obecnie można powiedzieć o Niemcach i Polakach i ich wzajemnych stosunkach w przyszłości. Potwierdził to w tym samym czasie w swoim expose rządowym Tadeusz Mazowiecki: „Potrzeba nam przełomu w naszych stosunkach z Republiką Federalną. Obywatele obydwu krajów daleko wyprzedzają w tej mierze swoje rządy”. Po podpisaniu „Układu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” ze zjednoczonymi Niemcami w 1991 r. przełom ten stał się faktem. Niemcy, naturalne geograficzne wrota Polski na drodze do demokratycznej Europy Zachodniej, przejęły funkcję lokomotywy w procesie włączenia Polski do jej polityczno-gospodarczych struktur i stały się najważniejszym, strategicznym partnerem Polski na kontynencie. Okoliczność ta w decydującej mierze wpływała na polski wizerunek Niemiec i Niemców w latach 90-tych. IVEuforia polsko-niemieckiego zbliżenia z początku lat 90-tych, sprawia że w chwili obecnej, kilkanaście lat później, jawią się nam one w krzywym świetle. Jest to nieprawdziwa perspektywa. Nie dlatego, że obecne stosunki polsko-niemieckie są dalej bardzo dobre. Nie są one takie i stanowią wyzwanie dla obydwu stron, o ile zaklinana wówczas wspólnie polsko-niemiecka przyjaźń ma być nie tylko deklarowana, ale i praktykowana. Jest jednak błędem, stan i jakość obecnych polsko-niemieckich relacji mierzyć ich zawartością i treścią z pierwszych lat 90-tych., aby następnie szydzić z ówczesnego „kiczu pojednania” lub podnosić lament nad ich obecnym „kryzysem”. Polsko-niemieckie stosunki przeszły wielką i głęboką przemianę, której strukturalna jakość i społeczna doniosłość nie ma precedensu w nowszej historii obydwu krajów. Wszelako dobre stosunki polsko-niemieckie nie są czymś danym, niejako z natury, raz na zawsze. Wręcz przeciwnie: są one odpowiedzialnym zadaniem, z którym Polacy i Niemcy muszą się zmagać wciąż od nowa i stale. To, że może to być czasem bardzo ciężkie i trudne zadanie, pokazuje z całą ostrością okoliczność, jak łatwo i szybko udało się po obdwu stronach Odry ożywić w ostatnich latach stare stereotypy, uprzedzenia i resentymeny, gdy ujawniły się polskie i niemieckie różnice w podejściu do wojny w Iraku, do Centrum przeciwko Wypędzeniom (nie wspominając już o planowanym gazociągu bałtyckim). Już pobieżny przegląd prasy polskiej i niemieckiej z tego okresu nasuwa wielce pouczające wnioski. Po raz kolejny okazało się jak wielką, za wielką, rolę odgrywają w stosunkch polsko-niemieckich emocje: większą rolę aniżeli w stosunkach Niemiec czy Polski z większością innych krajów europejskich. Każe to zastanowić się nad tym, jak radzić sobie należy w naszych wzajemnych stosunkach z faktem, że wciąż można zbijać w nich z resentymentów, stereotypów i czystej niewiedzy kapitał polityczny wśród statystycznie relewantnych grup wyborczych i grup interesów. U podstaw tzw. niemiecko-polskiej wspólnoty interesów z lat 90-tych tkwiła m.in. perspektywa westernizacji Polski: włączenia jej w struktury NATO i EU. Łączyła się z tym wspomniana idea roli Niemiec jako „adwokata polskich interesów” na arenie międzynarodowej. Idea ta wychodziła naprzeciw potrzebom bońskiej polityki zagranicznej w Europie Środkowej, a i odpowiadała polskim nadziejom na lepszą przyszłość ww wspólnej Europie. Ale już w fazie rokowań wstępnych okazało się, że Niemcy wypełniając swoje dobrowolne powinności „adwokata polskich interesów”, łączyli je niejako w spsób naturalny ze sporym manifestacyjnym paternalizmem. Dyplomacja niemiecka nie była gotowa ujrzeć w Polsce partnera, który na parkiecie polityki międzynarodowej ma też suwerenne ambicje, co było refleksem starych, historycznych asymetrii we wzajemnych stosunkach: po raz kolejny zabrakło stronie niemieckiej respektu dla wschodniego sąsiada, jako samodzielnego podmiotu politycznego, na co w Polsce zaczęto reagować z rosnącą irytacją, przyglądając się coraz krytyczniej tak praktykowanej wspólnocie interesów. Co zaczęło rzucać się w oczy obserwatorom sceny politycznej – i co nadal jest widoczne (obecnie może nawet bardziej aniżeli wcześniej) – to niezdolność politycznych aktorów do zapanowania nad rozwojem wydarzeń. Politycy w obydwu krajach nie dostrzegali wybuchowego potencjału swojej polityki dla stosunków polsko-niemieckich – lub też nie chcieli go dostrzegać. Jeszcze bardziej zaczęła ciążyć nad tymi stosunkami okoliczność, że politycy ci nie są w stanie uprzednio ocenić, jakie ewentualne skutki ich słowa i poczynania mogą wywołać w kraju sąsiada. W roku 1990, który słusznie uchodzi za cezurę w obecnych stosunkach polsko-niemieckich, Karl Dedecius określił je jako „labilne, zagrożone, kruche, niemal neurotyczne, ponieważ nieznośnie obciążone przez historię”. Są one „obciążone atawistycznymi animozjami i nieprzydatnymi argumentami obronnymi, które utrudniają nam konieczne, wzajemne zbliżenie, cofają w tych wysiłkach do tyłu, każą niemal zrezygnować”. Dedecius nie poprzestał na diagnozie, lecz podsunął wówczas parę rad w tej materii: „przestać reagować patologicznie. Po jednej i drugiej stronie granicy. Zbliżyć się do siebie. Zastąpić przesądy sądami. Tu i tam. Słuchać argumentów drugiej strony i traktować je z powagą”. Szesnaście lat póżniej stosunkom polsko-niemieckim wciąż daleko do pożądanej normalności. „Wciąż jeszcze puszcza się w obieg pejoratywne klisze i stereotypy – pisze Hans-Adolf Jacobsen we Frankfurter Allgemeine Zeitung z 10 VII 2006 – przede wszystkim w mediach, które bardziej pasują do czasów zimnej wojny aniżeli do obecnej jakości naszych wzajemnych relacji”. Niefrasobliwość niejednego niemieckiego polityka napędza młyny polskiego nacjonalizmu. O ile jeszcze w latach 90-tych panowała wśród entuzjastów polsko-niemieckiego pojednania nadzieja na to, że Polacy i Niemcy zaczną odchodzić od swoich narodowych stereotypów i ich pamięci zbiorowe zaczną się ku sobie zbliżać, przede wszystkim w kwesti oceny II wojny światowej i jej skutków, to obecnie trudno nie słyszeć głosów, które konstatują proces nowego oddalania się obydwu narodów od siebie. Depolityzacja, dehistoryzacja i europeizacja jako główne zasady i linie rozwojowe bilateralnej kooperacji w latach 90-tych wyczerpały już swój potencjał, twierdzi berliński politolog Kai-Olaf Lang. Próba zignorowania formacyjnej siły historii dla wzajemnych stosunków w teraźniejszości i przyszłości (jakkolwiek słuszne mogłyby być leżące u jej podstaw intencje) zawiodła. Niemcy i Polacy cierpią, jak sformułował to kiedyś historyk Kazimierz Wóycicki, na „świadomościowy deficyt modernizacyjny”. W obydwu krajach nie zinternalizowano jeszcze po upadku komunizmu w dostatecznej mierze gruntownej zmiany sytuacji społeczno-politycznej i nie rozpoznano w pełni wynikających stąd możliwości nowego ukształtowania sąsiedzkich stosunków. Pojednanie czy porozumienie bez zmiany mentalności pozostanie zawsze pustym gestem, wywołującym w końcu nie tylko obojętność, ale i niechęć czy opór. Codzienna rzeczywistość, polska i niemiecka, potwierdza to dobitnie. W świadomości spolecznej obydwu narodów wzajemne uprzedzenia tkwią jeszcze głęboko, choć – jak pokazują to badania opinii publicznej – są one silniejsze po niemieckiej stronie. Spełnienia jakich warunków wymaga rzeczywisty dialog polsko-niemiecki? Niezbędna jest na pewno znajomość dziejów wzajemnych stosunków. Deficyty w tym zakresie pogłębiają społeczną niechęć i nie pozwalają przełamać polonocentryzmu z jednej, a germanocentryzmu z drugiej strony, a to znaczy rozstać się z narodowo uwarunkowanymi stereotypami i uprzedzeniami. Po drugie uświadomić sobe należy, że to co nazywano w latach 90-tych polsko-niemiecką wspólnotą interesów trzeba w obecnych realiach napełnić nową treścią. Ówczesne interesy i wzajemne życzenia oraz oczekiwania przekuto już na obecną rzeczywistość i stały się one politycznie nierelewantne. Nadeszła pora na zdefiniowanie nowej, przyszłościowej wspólnoty interesów między sąsiadami. Notice: Undefined offset: 0 in /home/muzeum/public_html/muzeumtkactwa/counter.php on line 38 Notice: Undefined offset: 1 in /home/muzeum/public_html/muzeumtkactwa/counter.php on line 40 Notice: Undefined offset: 2 in /home/muzeum/public_html/muzeumtkactwa/counter.php on line 41 Notice: Undefined offset: 3 in /home/muzeum/public_html/muzeumtkactwa/counter.php on line 42 |