Historia miasta i regionu

MAREK ZYBURA Od niemieckiego zagrożenia do niemieckiej bramy do Europy

Posted by: Administrator on Marzec 01, 2007 8:33:31 AM

Sąsiedztwo narodów, dobre i złe, zależy od wielu okoliczności i czynników, które je kształtują bądź ku obopólnemu dobru, bądź ku obopólnym stratom.

Jednym z tych czynników, który współżycie sąsiadów różnych nacji raczej utrudnia, aniżeli ułatwia, jest ich historyczna samoświadomość. Otóż narody pielęgnują własne wyobrażenia na temat dziejów wzajemnego sąsiedztwa i współżycia. Wyobrażenia te kolportują - nieraz przez długie pokolenia – treści, będące produktami narodowych mitologii i nie poddające się obiektywnej, zgodnej z faktami weryfikacji. Zakorzeniony w społeczno-historycznej pamięci Polaków obiegowy model stosunków polsko-niemieckich zasadza się na zasadniczo czterech stereotypach, odwołujących się do polskich konfliktów z Krzyżakami, fryderycjańskimi Prusami, Rzeszą Niemiecką Bismarcka i Trzecią Rzeszą Hitlera.

O stereotypowm, a więc urągającym wymogom obiektywizmu, charakterze tego modelu stanowi nie okoliczność, jakoby miał być on z gruntu fałszywy, lecz fakt, że nie sposób go racjonalnie zweryfikować. Charakteryzuje się ten model przede wszystkim tym, że eliminuje z historycznej świadomości Polaków wszelkie pozytywne strony stosunków polsko-niemieckich, a absolutyzuje, wręcz mityzuje – wyolbrzymiając je najczęściej - negatywne świadectwa tych relacji. Ten schemat myślowy ma oczywiście swój odpowiednik i w niemieckiej tradycji myślowej poświęconej tym stosunkom, w której pojęcia takie jak „polnische Wirtschaft” (polska gospodarka), „Drang nach Osten” (parcie na Wschód), „deutsche Kulturträgerarbeit im Osten” (niemiecka misja kulturalna na Wschodzie) aż po „minderwertige Rasse” (rasa podludzi) stworzyły podwaliny pod pejoratywną mityzację naszych wzajemnych stosunków i otworzyły szeroko wrota niemieckiemu szowinizmowi. A dotychczasowa historia uczy, że nigdy nie było dla stosunków polsko-niemieckich rzeczą obojętną, kiedy tego rodzaju klisze i hasła podchwytywane były przez wszelkiej maści populistów i przekuwane na oręż w ahistorycznej walce polityczno-propagandowej.

Polski, obiegowy obraz Niemca reaktywuje u większości Polaków automatycznie przysłowie o Niemcu, który „jak świat światem nie będzie Polakowi bratem”. Jednak wbrew tej narodowej ‘mądrości’, a w zgodzie z historycznymi faktami, stwierdzić trzeba, że tak Polacy jak i Niemcy – prześladowani wciąż jeszcze przez niezabliźnioną niedawną przeszłość – nie pamiętają o tym, że nasze sąsiedztwo było przez długie stulecia w nękanej ustawicznymi wojnami Europie wzorowe. Polska granica zachodnia, uwzględniając nawet wczesne konflikty z cesarstwem z przełomu X i XI w. oraz późniejsze konflikty z zakonem krzyżackim na przełomie XIV i XV w., pozostawała aż do robiorów Polski jedną z najbezpieczniejszych na kontynencie. Nie znała trwogi ognia i miecza, lecz zyski z bujnej wymiany handlowej i – jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli – transferu naukowo-kulturalnego.

I.

Zatraciła się w historycznej samoświadomości Polaków pamięć królowej Rychezy, wnuczki cesarzowej Teofano, żony Mieszka II. Było to jedno z najbardziej doniosłych z politycznego punktu widzenia małżeństw w dziejach dynastii Piastów, pieczętujące pokój merseburski z 1013 r. Młoda pol­ska dy­na­stia awan­so­wa­ła w ten spo­sób do eli­ty ary­sto­kra­tycz­nych ro­dów ów­cze­snej chrze­ści­jań­skiej Eu­ro­py. Poprzez swoje dzieci Rycheza spokrewniła z ottońskim domem cesarskim także Arpadów i Rurykowiczów. Królowa, jedna z najlepiej wykształconych kobiet swoich czasów, przeszczepiała do Polski duchową i materialną kulturę swojej nadreńskiej ojczyzny. Przy­da­ły się na­wią­za­ne wcześniej kon­tak­ty, kie­dy syn oboj­ga Ka­zi­mierz Od­no­wi­ciel i ich wnuk Bo­le­sław Śmia­ły od­bu­do­wy­wa­li pol­ską or­ga­ni­za­cję pań­stwo­wą i ko­ściel­ną po okre­sie tak zwa­nej de­struc­tio Po­lo­niae – po­gań­skiej re­ak­cji i pu­sto­szą­cych na­jaz­dach są­sia­dów z lat 30. XI w. Wspie­rał to dzie­ło ar­cy­bi­skup ko­loń­ski Her­mann II, wuj Ka­zi­mie­rza Od­no­wi­cie­la, przy­sy­ła­jąc księ­ży i za­kon­ni­ków, głów­nie be­ne­dyk­ty­nów. Nad­reń­ski mnich bene­dyk­tyń­ski Aaron, pra­wa rę­ka Ka­zi­mie­rza w spra­wach ko­ściel­nych, w 1046 r. wy­świę­co­ny przez Her­man­na II na bi­sku­pa kra­kow­skie­go, za­ini­cjo­wał bu­do­wę dru­giej ka­te­dry w Kra­ko­wie i przy­go­to­wał za­ło­że­nie ty­niec­kie­go klasz­to­ru. Bi­skup Aaron jest sym­bo­lem oży­wio­nych kon­tak­tów w owej do­bie mię­dzy Pol­ską a zie­mią lo­ta­ryń­ską, skąd wraz z be­ne­dyk­ty­na­mi tra­fi­ły do nas ar­chi­tek­tu­ra ko­ściel­na, lo­ta­ryń­ska re­for­ma klasz­tor­na oraz tam­tej­sze tra­dy­cje kul­to­we (na przy­kład kult czczo­nych na Wa­we­lu ko­loń­skich świę­tych, Ge­rona i Le­onar­da). Świa­dec­twa­mi ar­chi­tek­to­nicz­nych związ­ków mię­dzy Pol­ską a Ko­lo­nią są ko­ściół be­ne­dyk­tyń­ski w Mo­gil­nie i daw­ny ko­ściół ka­te­dral­ny w Płoc­ku. Wska­zać tu­taj moż­na jesz­cze ko­le­gia­tę w Tu­mie ko­ło Łę­czy­cy. Ba­da­nia sa­kral­nej to­po­gra­fii wcze­sno­śred­niecz­n­e­g­o Kra­ko­wa po­zwa­la­ją na wy­su­nię­cie śmia­łej hi­po­te­zy, że Kra­ków pierw­szych Pia­stów był świa­do­mą ar­chi­tek­to­nicz­ną ko­pią Akwi­zgra­nu Ot­to­na III, któ­re to mia­sto Chro­bry, to­wa­rzy­sząc ce­sa­rzo­wi w po­wro­cie z Gnie­zna do Nie­miec, naj­praw­do­po­dob­niej oglą­dał na wła­sne oczy. Pro­imi­gra­cyj­na po­li­ty­ka Pia­stów nie róż­ni­ła się w tym wzglę­dzie od po­li­ty­ki dwo­rów in­nych mło­dych państw środ­ko­wej Eu­ro­py. Wszę­dzie w tym re­gio­nie po­strze­ga­no bie­głych w swo­ich pro­fe­sjach cu­dzo­ziem­ców (a by­li ni­mi tu­taj z ra­cji bez­po­śred­nie­go są­siedz­twa głów­nie Niem­cy) ja­ko cen­nych po­śred­ni­ków w prze­ka­zy­wa­niu zdo­by­czy kul­tu­ro­wych i cy­wi­li­za­cyj­nych z za­cho­du kon­ty­nen­tu. Stąd przy­pi­sy­wa­ny myl­nie św. Ste­fa­no­wi wę­gier­skie­mu XII-wiecz­ny trak­tat o obo­wiąz­kach wład­ców po­ucza wręcz, że „kró­le­stwo jed­ne­go ję­zy­ka i jed­na­ko­wych oby­cza­jów sła­be jest i kru­che”, cu­dzo­ziem­cy zaś przy­no­szą ze so­bą nie tyl­ko „roz­ma­ite ję­zy­ki i spo­so­by ży­cia”, ale i bo­gac­two „roz­ma­itych na­uk i bie­gło­ści tech­nicz­no-mi­li­tar­nej”. Niczym w soczewce odzwierciedla się ten proces w epoce Jagiellonów. Roz­le­gła, wie­lo­na­ro­do­wa Pol­ska ja­giel­loń­ska by­ła wi­dow­nią wie­lu cu­dzo­ziem­skich ka­rier dwor­sko-po­li­tycz­nych, ko­ściel­nych, eko­no­micz­nych i ar­ty­stycz­nych. Sta­ły się one udzia­łem jej no­wych oby­wa­te­li, „wmiesz­ka­nych Po­la­ków”, jak pol­sz­cząc się, sa­mi sie­bie na­zy­wa­li. Prym wie­dli wśród nich Niem­cy, za­rów­no z ra­cji geo­gra­ficz­ne­go są­siedz­twa, jak i pa­ro­wie­ko­wej już tra­dy­cji ma­so­we­go osad­nic­twa w Pol­sce. Do­star­cza­li no­wej oj­czyźnie od­da­nych do­stoj­ni­ków pań­stwo­wych i ko­ściel­nych, uczo­nych, żoł­nie­rzy, bu­dow­ni­czych, kup­ców i rze­mieśl­ni­ków. Na­pły­w no­wej fa­li przy­by­szów (przede wszyst­kim z wy­so­ko roz­wi­nię­te­go po­łu­dnia i za­cho­du Nie­miec, w tym z te­re­nów dzi­siej­szej Szwaj­ca­rii ), mniej li­czeb­nej aniżeli w średniowieczu, był jednak bar­dziej istot­ny. Napływali teraz do Polski ludzie, którzy przy­nosili ze so­bą prak­tycz­ną zna­jo­mość funk­cjo­no­wa­nia pra­wi­deł go­spo­dar­ki wsze­sno­ka­pi­ta­li­stycznej oraz roz­wi­nię­tych tech­nik prze­my­sło­wych w za­kre­sie gór­nic­twa, hut­nic­twa, od­lew­nic­twa, dru­ku i pro­duk­cji pa­pie­ru. A tych po­trze­bo­wa­ła wy­ra­sta­ją­ca na eu­ro­pej­skie mo­car­stwo Pol­ska ja­giel­loń­ska bar­dzo pil­nie. Stąd udzie­la­ła cu­dzo­ziem­com atrak­cyj­nych mo­no­po­li (ja­kie nie by­ły już do po­my­śle­nia na Za­cho­dzie), zwol­nień od ceł, wy­łą­cza­ła cen­nych przy­by­szy spod kon­tro­li miej­skich władz są­do­wych, pod­po­rząd­ko­wu­jąc ich bez­po­śred­nio ju­rys­dyk­cji kró­lew­skiej itp. Nie można sobie dzisiaj wyobrazić ówczesnej Polski choćby bez wywodzącego się z Landau w Palatynacie i osia­dłe­go w Kra­ko­wie w la­tach 80. XV w. roz­ga­łę­zio­ne­go ro­du Bo­ne­rów. Jan (Hans), twór­ca po­tę­gi ro­du, i je­go bra­ta­nek Se­we­ryn fi­nan­so­wa­li dwór i woj­ny, tak­że prze­ciw­ko Krzy­ża­kom, trzech kró­lów pol­skich: Alek­san­dra Ja­giel­loń­czy­ka, Ja­na Ol­brach­ta i Zyg­mun­ta Sta­re­go. Bę­dąc kró­lew­ski­mi ban­kie­ra­mi, a fak­tycz­nie mi­ni­stra­mi skar­bu, kon­tro­lo­wa­li fi­nan­se mo­nar­chii, wy­wie­ra­jąc dys­kret­ny, ale kon­kret­ny wpływ na jej po­li­ty­kę. Zwłasz­cza rzą­dy Zyg­mun­ta Sta­re­go ina­czej mo­gły się były po­to­czyć bez pie­nię­dzy, do­staw bro­ni i mię­dzy­na­ro­do­wych kon­tak­tów Bo­ne­rów (zna­ko­mi­tych z Fug­ge­ra­mi, z cze­go ko­rzy­stał tak­że pol­ski Ko­ściół). Od Jana Bonera da­tu­je się w Pol­sce nie­zna­ny tu w śre­dnio­wie­czu roz­dział pry­wat­ne­go skar­bu kró­lew­skie­go od pań­stwo­we­go. Na­stęp­cy Ja­na, no­bi­li­to­wa­ne­go w 1514 r., osią­gnę­li szczy­ty ka­rie­ry pol­skiej ary­sto­kra­cji, pia­stu­jąc urzę­dy od kasz­te­lań­skich po se­na­tor­skie. Z tych po­zy­cji spo­łecz­nych uda­ło im się też ode­grać wiel­ką ro­lę w roz­wo­ju re­for­ma­cji w Ma­ło­pol­sce. Przy­kład Bo­ne­rów (czy choćby współ­cze­sne­go im Ju­sta Lu­dwi­ka De­cju­sza, kró­lew­skie­go se­kre­ta­rza i apo­lo­ge­ty dy­na­stii Ja­giel­lo­nów, reformatora polskiego systemu monetarnego i inspiratora polsko-pruskiej unii walutowej - ro­dem z al­zac­kie­go Weißen­bur­ga) po­ka­zu­je też, że w od­róż­nie­niu od śre­dnio­wiecz­nej mi­gra­cji no­wi przy­by­sze nie­miec­cy po­lo­ni­zo­wa­li się du­żo szyb­ciej, czę­sto już w pierw­szym lub dru­gim po­ko­le­niu.

Za­słu­gi po­lo­ni­zu­ją­cych się szyb­ko dru­ka­rzy kra­kow­skich (Unglerów, Hallerów, Wietorów itd.) dla pol­sko­ję­zycz­ne­go dru­kar­stwa ro­dzi­ły się z ich po­sta­wy w tej mie­rze, któ­rej naj­traf­niej­szy wy­raz dał Hie­ro­nim Wie­tor w przed­mo­wie do jed­nej ze swo­ich ksiąg: „Bę­dąc ja wmiesz­ka­nym, a nie uro­dzo­nym Po­la­kiem, nie mo­gę się te­mu wy­dzi­wić, gdy wszel­ki in­ny na­ród ję­zyk swój przy­ro­dzo­ny mi­łu­je, szy­rzy, kra­si i po­le­ru­je, cze­mu sam pol­ski na­ród swym gar­dzi i brzą­ka, któ­ry mógł­by iście, ja­ko ja sły­szę, ob­fi­to­ścią i kra­so­mo­wą z każ­dym in­nym po­rów­nać”. Krakowskie środowisko drukarskie utrzy­mu­ją­ce przo­du­ją­cą po­zy­cję w kra­ju do koń­ca XVI w. pra­co­wa­ło w znacz­nej mie­rze na po­trze­by wszech­ni­cy ja­giel­loń­skiej. Mistrzów „czarnej sztuki” (jak ją wówczas nazywano) ścią­gnę­ła pod Wawel eu­ro­pej­ska sła­wa uni­wer­sy­te­tu prze­bi­ja­ją­ce­go po­zio­mem na­uk ma­te­ma­tycz­no-astro­no­micz­nych i hu­ma­ni­stycz­nych ów­cze­sne uczel­nie nie­miec­kie. Stąd nie­prze­rwa­ny przez nie­mal dwa wie­ki na­pływ stu­den­tów nie­miec­kich do Kra­ko­wa, gdzie z ra­cji swej li­czeb­no­ści mie­li wła­sną bur­sę (a na­wet dwie, bo ist­nia­ła też od­ręb­na bur­sa dla Niem­ców wę­gier­skich). Niem­cy wszak­że, któ­rzy wnie­śli swój wkład w od­ro­dze­nie uni­wer­sy­te­tu na prze­ło­mie XIV i XV w., współ­two­rzy­li rów­nież zna­czą­co je­go re­no­mę ja­ko wy­kła­dow­cy i rek­to­rzy, od Ma­te­usza z Kra­ko­wa na po­cząt­ku XV w., przez Ru­dol­fa Agri­co­lę wiek później, aż po An­dre­asa Scho­neu­sa (Schöna) na prze­ło­mie XVI i XVII w. Do roz­wo­ju wcze­sne­go hu­ma­ni­zmu re­ne­san­so­we­go w Pol­sce przy­czy­nił się z ca­łe­go gro­na ak­tyw­nych tu je­go nie­miec­kich szer­mie­rzy naj­wy­dat­niej Kon­rad Cel­tis (właśc. Pic­kel), stu­dent i wy­kła­dow­ca w Kra­ko­wie. Za­ło­żył w mie­ście pod ko­niec lat 80. to­wa­rzy­stwo li­te­ra­ckie So­da­li­tas Lit­te­ra­ria Vi­stu­la­na, któ­re, sku­pia­jąc w swo­ich sze­re­gach głów­nie ży­wioł nie­miec­ki, przy­go­to­wa­ło jed­nak grunt pod re­wo­lu­cję hu­ma­ni­stycz­ną w Pol­sce. Niem­cem z po­cho­dze­nia był tak­że pierw­szy re­ne­san­so­wy po­eta pol­sko-ła­ciń­ski Pa­weł z Kro­sna, wy­kształ­co­ny w Gry­fii (Gre­ifswald), a od 1507 r. wy­kła­dow­ca kra­kow­skiej wszech­ni­cy. Naj­więk­szą do dzi­siaj jej chlu­bą po­zo­sta­je jed­nak Mi­ko­łaj Ko­per­nik, któ­ry stu­dio­wał tu w la­tach 1491–1495, stwo­rzył zrę­by swo­jej teo­rii he­lio­cen­trycz­nej i opu­bli­ko­wał swo­ją pierw­szą książ­kę, ła­ciń­ski prze­kład Li­stów Teo­fi­lak­ta z Sy­mo­kat­ty w 1509 r. Do­brze, że prze­sta­li­śmy już to­czyć z Niem­ca­mi na­cjo­na­li­stycz­ne i ahi­sto­rycz­ne spo­ry o pol­skość czy też nie­miec­kość Ko­per­ni­ka. Tak jak nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że po­cho­dził z ro­dzi­ny nie­miec­kiej, tak nie moż­na kwe­stio­no­wać, że uro­dził się w pol­skich już Pru­sach i był od­da­nym pa­trio­tą Pol­ski. Jest nie­po­ro­zu­mie­niem prze­no­sze­nie na­szych dzi­siej­szych wy­obra­żeń i kry­te­riów na­ro­do­wych na cza­sy Rze­czy­po­spo­li­tej wie­lu na­ro­dów XV i XVI w., kie­dy na py­ta­nie: „Kto ty je­steś?”, nie sły­sza­ło się: „Po­lak ma­ły”, lecz: ca­no­ni­cus cra­co­vien­sis, na­tio­nae po­lo­nus, gen­te ru­the­nus, ori­gi­nae ju­da­eus”. Przy­po­mnij­my: to wte­dy nie­miec­cy Bo­ne­ro­wie fi­nan­sowali pol­skie woj­ny Zyg­mun­ta Sta­re­go z nie­miec­kim za­ko­nem krzy­żac­kim.

Za­sob­nie­ją­ca szyb­ko Pol­ska ja­giel­loń­ska, mno­żą­ce się for­tu­ny miesz­czań­skie, szla­chec­kie i ko­ściel­ne, któ­rych wła­ści­cie­le po­szu­ki­wa­li dla nich de­co­rum ar­ty­stycz­ne­go, co­raz po­wszech­niej­sze za­gra­nicz­ne oby­cie Po­la­ków, chęt­nie prze­szcze­pia­ją­cych za­chod­nią kul­tu­rę do kra­ju – wszyst­ko to sta­no­wi­ło sil­ny ma­gnes tak­że dla nie­miec­kich ar­ty­stów. Oczy­wi­ście ścią­ga­li ich do Pol­ski w nie­ma­łej mie­rze sa­mi ich ziom­ko­wie, któ­rym się tu po­wio­dło, a któ­rzy pie­lę­gno­wa­li jesz­cze kon­tak­ty ze sta­rą oj­czy­zną.Ta­kim spo­so­bem tra­fił do Pol­ski pod Wa­wel naj­wy­bit­niej­szy obok Til­ma­na Rie­men­sch­nei­de­ra rzeę­biarz póę­ne­go śre­dnio­wie­cza Ve­it Stoß, zwa­ny z pol­ska Witem Stwo­szem (o któ­re­go rze­ko­mą pol­skość sta­cza­no u nas bo­je jesz­cze bar­dziej że­nu­ją­ce ani­że­li o Ko­per­ni­ka). W Kra­ko­wie spę­dził po­nad trzy­dzie­ści pra­co­wi­tych lat i stwo­rzył na zle­ce­nie ra­dy miej­skiej mię­dzy in­ny­mi dzie­ło swego ży­cia, głów­ny oł­tarz do ko­ścio­ła Ma­riac­kie­go (1477–1489). Na kil­ka lat przed po­wro­tem do ro­dzin­nej No­rym­ber­gi wy­rzeę­bił we współ­pra­cy z Jör­giem Hu­be­rem z Pas­sa­wy na­gro­bek Ka­zi­mie­rza Ja­giel­loń­czy­ka. Dłu­gi po­byt w Pol­sce, z po­wo­du któ­re­go na­zy­wa­no go tam dla od­róż­nie­nia od in­nych no­rym­ber­skich Stoßów „Po­la­kiem”, po­sia­da­ne prze­zeń pra­wa miej­skie Kra­ko­wa, a i fakt, że wró­cił tu z No­rym­ber­gi je­go syn i miesz­kał w la­tach 1505–1527 ja­ko mistrz ce­cho­wy Sten­cel Stoß Sny­czer, za­kom­plek­sie­ni pol­scy pseu­do­hi­sto­ry­cy przy­ta­cza­li ja­ko do­wo­dy na pol­skość Wita Stwo­sza. Do ja­giel­loń­skiej sto­li­cy tra­fi­li i bra­cia Düre­ro­wie. Jeden z nich – Hans – zo­stał na­dwor­nym ma­la­rzem Zyg­mun­ta Sta­re­go, za­miesz­kał w gro­dzie nad Wi­słą, gdzie też i zmarł. Już sa­me te na­zwi­ska po­świad­czać mo­gą atrak­cyj­ność me­ce­na­tu ar­ty­stycz­ne­go w Pol­sce do­by ja­giel­loń­skiej, a sto­sow­ny re­jestr dłu­go moż­na by cią­gnąć. Szcze­gól­ną po­zy­cję, ja­ką zaj­mo­wał pod tym wzglę­dem Kra­ków, tłu­ma­czyć na­le­ży fak­tem, że tam wła­śnie w do­bie go­ty­ku naj­sil­niej roz­wi­nę­ło się rze­mio­sło ar­ty­stycz­ne. To­też nie jest przy­pad­kiem, że i epo­kę re­ne­san­su otwie­ra­ją w Kra­ko­wie dzie­ła nie­miec­kich ar­ty­stów-rze­mieśl­ni­ków Han­sa Be­ha­ma i Pe­te­ra Vi­sche­ra.

Na­si­la­ją­ca się w dru­giej po­ło­wie XVI w. pod ber­łem Habs­bur­gów kontr­re­for­ma­cja oraz woj­na trzy­dzie­sto­let­nia w pierw­szej po­ło­wie XVII w. wy­pę­dzi­ły z kra­jów nie­miec­kich do Pol­ski nie tyl­ko osad­ni­ków wiej­skich, ale tak­że kup­ców i rze­mieśl­ni­ków. Przy­by­wa­jąc głów­nie z Czech i Ślą­ska, osie­dla­li się przede wszyst­kim w Wiel­ko­pol­sce (naj­pierw w Lesz­nie i Po­zna­niu), ale tak­że i w Pol­sce cen­tral­nej, gdy tam – jak na przy­kład w Po­zna­niu w la­tach 1606–1616 – pło­nę­ły ko­ścio­ły ewan­ge­lic­kie. Ar­cy­ka­to­lic­ki Zyg­munt III Wa­za to już nie ja­giel­loń­ski Zyg­munt Au­gust, o któ­rym wło­ski pra­łat Ber­nar­do Bon­gio­van­ni do­no­sił pół wie­ku wcze­śniej do Rzy­mu, że „z he­re­ty­ka­mi rad ob­cu­je, w roz­mo­wach i przy sto­le. Przyj­mu­je od nich li­sty, ich książ­ki ku­pu­je i czy­ta”. Ale i kontr­re­for­ma­cja pol­ska nie mo­gła się rów­nać z habs­bur­ską. Nie­miec­cy przy­by­sze wciąż prze­wa­ża­li pro­cen­to­wo wśród ogó­łu no­wych miesz­kań­ców miast. Dwo­rem kró­lew­skim w War­sza­wie fi­lo­nie­miec­kie­go Wa­zy, któ­ry za­pro­wa­dził na nim po­rząd­ki prze­ję­te z ce­sar­skie­go Wied­nia, dy­ry­go­wał czy­sto nie­miec­ki per­so­nel spro­wa­dzo­ny do tej służ­by aż z Ba­wa­rii. Zja­wi­skiem ja­ko­ścio­wo swo­istym na tle tej mi­gra­cji by­ły po­wsta­ją­ce od lat 20. XVII w. wzdłuż je­go za­chod­niej ru­bie­ży miej­skie ośrod­ki su­kien­ni­cze. Za­kła­da­li je pro­te­stanc­cy uchodę­cy ze Ślą­ska (ro­sną­ca licz­ba ucie­ka­ją­cych stamtąd do Polski przed Habs­bur­ga­mi imi­gran­tów mia­ła się za­mknąć w tym stu­le­ciu licz­bą 30 000), gdzie prze­mysł ten był już do­brze roz­wi­nię­ty. Imi­gran­ci al­bo do­bu­do­wy­wa­li no­we dziel­ni­ce (tak zwa­ne No­we Mia­sta) do ist­nie­ją­cych już miast, na przy­kład we Wscho­wej, Odo­la­no­wie czy Zdu­nach, albo za­kła­da­li no­we mia­sta (cza­sem na miej­scu daw­niej­szych wsi i po­dob­nych osad), jak na przy­kład Swa­rzędz, Ra­wicz czy Szlich­tyn­go­wa. Roz­wi­nię­te przez przy­by­szy su­kien­nic­two ze wzglę­du na wy­so­ką ja­kość wy­ro­bów zła­ma­ło wkrót­ce do­mi­na­cję eks­por­to­we­go suk­na an­giel­skie­go na ryn­ku pol­skim, co no­ta be­ne nie po­zo­sta­ło bez wpły­wu na do­cho­dy uskar­ża­ją­cych się na to gdańsz­czan. Kunszt nie­miec­kich su­kien­ni­ków spra­wiał, że by­li po­szu­ki­wa­ny­mi spe­cja­li­sta­mi i w głę­bi kra­ju, gdzie ścią­ga­li ich do swo­ich dóbr (na przy­kład pod Łuków pod Lu­bli­nem czy do Wę­gro­wa ko­ło War­sza­wy) tam­tej­si ma­gnaci. Pod­czas woj­ny trzydziestolet­niej Pol­ska udzie­la­ła azy­lu tak­że uchodę­com in­dy­wi­du­al­nym, nie­ko­niecz­nie tyl­ko kup­com czy wy­so­ko kwa­li­fi­ko­wa­nym rze­mieśl­ni­kom. Bo­daj naj­słyn­niej­szym z nich był Mar­tin Opitz, naj­wy­bit­niej­szy wów­czas twór­ca li­te­ra­tu­ry nie­miec­kiej, któ­re­go Wła­dy­sław IV ob­da­rzył w 1637 r. god­no­ścią swe­go hi­sto­rio­gra­fa i se­kre­ta­rza. By­ły to już wsze­la­ko cza­sy, gdy moż­li­we by­ły w Pol­sce i od­wrot­ne sy­tu­acje: żni­wo zbie­ra­ła ka­zno­dziej­ska pra­ca Pio­tra Skar­gi upa­tru­ją­ce­go źró­dła zła, ja­kie za­czę­ło to­czyć Rze­czy­po­spo­li­tą, w tej „ohyd­nej przy­wa­rze, ja­ką jest to­le­ran­cja”. Pod­kra­kow­ski szlach­cic wy­wo­dzą­cy się z nie­miec­kich pa­try­cju­szy te­go mia­sta, lu­te­ra­nin Sta­ni­sław Schef­fler, pan na Bo­ro­wi­czach, wy­emi­gro­wał w la­tach 20. XVII w. z po­wo­du swe­go in­no­wier­cze­go wy­zna­nia na Śląsk do Wro­cła­wia, gdzie przy­szła na świat in­na chlu­ba XVII-wiecz­nej li­te­ra­tu­ry nie­miec­kiej, je­go syn Jo­han­nes, zna­ny bar­dziej pod pseu­do­ni­mem An­ge­lu­sa Si­le­siu­sa. Woj­na ze Szwe­da­mi w po­ło­wie wie­ku do­dat­ko­wo po­gor­szy­ła po­ło­że­nie pro­te­stan­tów w Pol­sce, Szwe­dzi bo­wiem, mia­nu­jąc się ich obroń­ca­mi (część kal­wi­nów i so­cy­nian rze­czy­wi­ście prze­szła na stro­nę Ka­ro­la Gu­sta­wa), rzu­ci­li na nich tym sa­mym odium zdra­dy po­li­tycz­nej. Pro­pa­gan­da kontr­re­for­ma­cyj­na wy­ko­rzy­sta­ła tę sy­tu­ację, kreu­jąc i roz­po­wszech­nia­jąc mit zdra­dy na­ro­do­wej ze stro­ny wszyst­kich pro­te­stan­tów. Chęt­nie weń wie­rzo­no, cho­ciaż na przy­kład lu­te­rań­skie mia­sta Prus Kró­lew­skich z Gdań­skiem na cze­le wier­nie trwa­ły pod­czas kon­flik­tu przy Ja­nie Ka­zi­mie­rzu. Pro­te­stan­ci by­li jed­nak ko­złem ofiar­nym, któ­ry po­zwa­lał za­po­mnieć o zdra­dzie szlach­ty ka­to­lic­kiej, któ­ra w po­cząt­ko­wej fa­zie woj­ny do­syć ma­so­wo prze­cież opusz­cza­ła wła­sne­go kró­la. An­ty­nie­miec­ka fo­bia wi­docz­na by­ła w XVI w. ra­czej spo­ra­dycz­nie. Jan Ko­cha­now­ski po­wta­rzał jesz­cze do­syć po­wścią­gli­wie za pod­kanc­le­rzym Pio­trem Mysz­kow­skim w Sa­ty­rze: „Te­go tam nie wiem, ja­ką przy­jaęń z Niem­cy ma­cie,/Al­bo ja­ko da­le­ko so­bie dziś ufa­cie./To tyl­ko znam, że na was pil­ne oko ma­ją,/ Y co rok, to się pod was bli­żej pod­sa­dza­ją”. Zja­wi­skiem ma­so­wym sta­ła się w dru­giej po­ło­wie XVII w. na fa­li ide­olo­gii sar­mac­kiej, w at­mos­fe­rze spi­sku za­wią­za­ne­go ja­ko­by na po­hy­bel Rze­czy­po­spo­li­tej przez jej in­no­wier­czych wro­gów ze­wnętrz­nych i we­wnętrz­nych, co owo­co­wa­ło upo­wszech­nia­niem się ste­reo­ty­pu: szlach­cic-Po­lak-ka­to­lik. W la­tach 80. Wa­cław Po­toc­ki da­wał już wy­raz po­wszech­nej opi­nii, kie­dy no­to­wał w Mo­ra­liach: „Ni­gdy w szcze­rej nie ży­li Po­lak z Niem­cem zgo­dzie./Po­la­ka py­cha, Niem­ca wol­ność bo­dzie./Stąd przy­po­wie­ści miej­sce, że pó­ki świat świa­tem,/Nie bę­dzie ni­gdy Nie­miec Po­la­ko­wi bra­tem”. Ten an­ty­nie­miec­ki uraz nie był oczy­wi­ście wów­czas zja­wi­skiem wy­izo­lo­wa­nym, lecz prze­ja­wem ro­sną­cej kse­no­fo­bii Po­la­ków owej do­by. Stąd pró­by je­zu­ic­kiej pro­pa­gan­dy sko­ry­go­wa­nia owe­go po­rze­ka­dła w tym sen­sie, że to nie Nie­miec, nie cu­dzo­zie­miec, lecz in­no­wier­ca (dy­sy­dent, jak po­wia­da­no) nie mo­że być Po­la­ko­wi bra­tem. Ta­kie sta­no­wi­sko je­zu­itów za­ska­ki­wać nie mo­że, je­śli zwa­żyć, że to cu­dzo­ziem­cy wła­śnie (na po­cze­snym miej­scu Niem­cy) sta­no­wi­li w XVI i XVII w. trzon kie­row­nic­twa te­go za­ko­nu w Pol­sce. Kse­no­fo­bia kul­mi­nu­ją­ca w daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej wie­lu na­ro­dów w pierw­szej po­ło­wie XVIII w. wią­że się i w tym okre­sie nie­ro­ze­rwal­nie tak­że z afek­tem an­ty­nie­miec­kim. Są to cza­sy sa­skie w Pol­sce. In­ten­syw­ność uwa­gi po­świę­ca­nej przez spo­łe­czeń­stwo pol­skie w tym kon­tek­ście Niem­com wy­ni­ka­ła naj­pierw z ich fi­zycz­nej obec­no­ści we wszyst­kich re­gio­nach kra­ju, któ­rą to unia z Sak­so­nią w spo­sób na­tu­ral­ny na roz­ma­itych po­zio­mach je­go funk­cjo­no­wa­nia jesz­cze po­mno­ży­ła. Emo­cjo­nal­nie ne­ga­tyw­ne za­bar­wie­nie oka­zy­wa­ne­go im za­in­te­re­so­wa­nia bra­ło się z ko­lei z fak­tu, że by­li to w zna­ko­mi­tej więk­szo­ści przy­pad­ków lu­te­ra­nie. Wię­zy wy­zna­nio­we zaś ce­nio­no wy­żej od czy­sto et­nicz­nych. (To dla­te­go Wet­ty­ni, chcąc rzą­dzić Pol­ską, mu­sie­li przejść na ka­to­li­cyzm.) Na zie­miach pol­sko-nie­miec­kie­go po­gra­ni­cza, na przy­kład w Wiel­ko­pol­sce, an­ta­go­nizm re­li­gij­ny już od koń­ca XVI w. współ­o­kre­ślał kon­flikt na­ro­do­wy. Ten me­cha­nizm legł też u pod­staw tak zwa­ne­go tu­mul­tu to­ruń­skie­go w 1724 r., któ­re­go ofia­ra­mi pa­dli nie­miec­cy lu­te­ra­nie i któ­ry po­nu­rym cie­niem za­cią­żył nad opi­nią Pol­ski w Eu­ro­pie. Zbit­ka po­ję­cio­wa: he­re­tyk (lu­ter) = Nie­miec za­do­mo­wi­ła się w pol­skiej (zwłasz­cza lu­do­wej) świa­do­mo­ści na­ro­do­wej na dłu­gie la­ta. Jed­na jesz­cze kwe­stia wa­ży­ła w Pol­sce w spo­sób istot­ny na ne­ga­tyw­nym sto­sun­ku (zwłasz­cza wśród szlach­ty) do Niem­ców: ab­so­lu­tyzm był for­mą rzą­dów po­wszech­nie spo­ty­ka­ną w kra­jach nie­miec­kich, a za­ra­zy pod na­zwą ab­so­lu­tum do­mi­nium pol­ska szlach­ta oba­wia­ła się jesz­cze bar­dziej niż pro­te­stan­ty­zmu. W cza­sy sa­skie Pol­ska wcho­dzi­ła więc, je­śli cho­dzi o na­sta­wie­nie do Niem­ców, z po­dwój­nym ob­cią­że­niem hi­po­tecz­nym, bo re­li­gij­no-po­li­tycz­nym. Cho­ciaż by­ło ono jak naj­bar­dziej re­al­ne, to prze­cież do­pie­ro póę­na po­tom­ność (z su­ge­styw­ną twór­czo­ścią Jó­ze­fa Igna­ce­go Kra­szew­skie­go na cze­le) wpi­sa­ła oce­nę epo­ki sa­skiej w kon­flikt pol­sko-nie­miec­ki. Z tej per­spek­ty­wy ja­wi­ła się już ona ten­den­cyj­nie ja­ko jed­no pa­smo to­tal­ne­go upad­ku Rze­czy­po­spo­li­tej, któ­re­go lo­gicz­nym na­stęp­stwem by­ły roz­bio­ry. Win­ni by­li nie­miec­cy Wet­ty­ni, a na tle przy­pi­sy­wa­nej im wi­ny tym więk­szym bla­skiem ja­śnieć mu­sia­ła nie­do­la ich pol­skie­go kon­ku­ren­ta Sta­ni­sła­wa Lesz­czyń­skie­go. Gdy jed­nak pro­wa­dzo­ny na sztok­holm­skim pa­sku Lesz­czyń­ski ani my­ślał zrzu­cić z sie­bie ob­ro­ży, to prze­cież Wet­ty­ni (któ­rych wi­ną by­ło, jak za­uwa­ża Nor­man Da­vies, „że sa­mi do­syć wcze­śnie wpa­dli w rę­ce Ro­sji” i do­pro­wa­dzi­li tym sa­mym Pol­skę „do ro­syj­skie­go obo­zu”) pró­bo­wa­li, co praw­da bez­sku­tecz­nie, uwol­nić się spod ro­syj­skiej ku­ra­te­li. Na­stro­je an­ty­nie­miec­kie pod­no­si­ły się i opa­da­ły wów­czas w za­leż­no­ści od wy­da­rzeń po­li­tycz­nych. Mno­ży­ły się po pro­kla­ma­cji kró­le­stwa w Pru­sach Wschod­nich w 1701 r. przez Fry­de­ry­ka III (pol­ski sejm uznał ją do­pie­ro w 1764 r.), pod­czas II woj­ny pół­noc­nej, po tu­mul­cie to­ruń­skim czy pod­czas bez­kró­le­wia lat 1733–1734. Na co dzień „Po­lak ko­rzy­stał z do­brze opła­ca­nej służ­by nie­miec­kiej [rze­mieśl­ni­czej, urzęd­ni­czej, woj­sko­wej, le­kar­skiej itp.– M.Z.], lecz lgnął wy­łącz­nie do mo­wy, my­śli, książ­ki fran­cu­skiej” i by­naj­mniej nie wi­dział w Niem­cu swe­go „przy­ro­dzo­ne­go” wro­ga, po­gar­dzał nim co naj­wy­żej ja­ko her­bo­wy szlach­cic lub za­zdro­ścił mu lep­szej po­zy­cji eko­no­micz­nej ja­ko miesz­cza­nin czy wło­ścia­nin. Ja­ko przed­sta­wi­ciel „sta­nu uczo­ne­go” po­tra­fił (aby uzu­peł­nić przy­to­czo­ną tu opi­nię Alek­san­dra Brückne­ra współ­cze­sną cha­rak­te­ry­sty­ką) pa­trzeć na nie­go na­der przy­chyl­nie: „Niem­cy są pięk­nej kom­po­zy­cji, wol­no­ści sprzy­ja­ją­cy, przy­ja­cie­le czy­li nie­przy­ja­cie­le od­kry­ci, ludz­cy [...], do na­uk tak me­cha­nicz­nych jak li­be­ral­nych się apli­ku­ją­cy. Bit­ni na woj­nach i ka­pi­ta­nów, of­fi­cy­erów, ge­ne­ra­łów etc. ma­ją­cych wie­lu spo­sob­nych na woj­nę, ja­ko i w tym wie­dzieć mo­że­my, że się do­brze sta­wia­li, tak prze­ciw­ko Tur­kom ja­ko i po­gra­nicz­nym róż­nym mo­nar­chom. In­wen­cji wie­lu ten na­ród z sie­bie ma, do któ­rych się bar­dzo apli­ku­je, ja­ko i druk, proch, dzia­ła są ich in­du­strii” – pi­sał w swo­jej hi­sto­rycz­nej geo­gra­fii świa­ta z 1740 r. Wła­dy­sław Łu­bień­ski. Sa­ma unia z Sak­so­nią nie by­ła z na­tu­ry swo­jej szko­dli­wa dla Pol­ski. Po woj­nach to­czo­nych za Au­gu­sta II od­bu­do­wy­wa­li Pol­skę tak­że spro­wa­dza­ni z Nie­miec osad­ni­cy i spe­cja­li­ści, na przy­kład gór­ni­cy czy ma­nu­fak­tu­rzy­ści. Zna­ne po­wszech­nie po­rze­ka­dło: „Za kró­la Sa­sa jedz, pij i po­pusz­czaj pa­sa” na­ro­dzi­ło się w wa­run­kach prze­szło trzydziestolet­nie­go po­ko­ju, ja­ki na­stał w kra­ju pod pa­no­wa­niem Au­gu­sta III. Umę­czo­ne wcze­śniej prze­mar­sza­mi ob­cych wojsk, kon­try­bu­cja­mi i klę­ska­mi go­spo­dar­czy­mi spo­łe­czeń­stwo, uwol­nio­ne te­raz z więk­szo­ści świad­czeń na rzecz pań­stwa obo­wią­zu­ją­cych w in­nych kra­jach, a tym sa­mym i od pre­sji wszech­obec­nej tam ad­mi­ni­stra­cji, ko­rzy­sta­ło z ży­cia. „Do­bre cza­sy, po­kój cią­gły, ob­fi­tość wszyst­kie­go, ca­łą myśl oby­wa­te­la roz­ryw­ka­mi i ucie­cha­mi zaj­mo­wa­ły”, wspo­mi­nał pod ko­niec wie­ku Ję­drzej Ki­to­wicz. Grze­chem nie­zre­for­mo­wa­nia Rze­czy­po­spo­li­tej, któ­rej funk­cje pań­stwo­we za­czę­ły pod ko­niec rzą­dów sa­skich w isto­cie ob­umie­rać („roz­ry­wa­ne raz w raz sej­my ni­ko­go nie wa­bi­ły do za­trud­nia­nia się oko­ło do­bra pu­blicz­ne­go”, no­tu­je ten­że sam dzie­jo­pis), ob­cią­żać trze­ba w pierw­szym rzę­dzie ro­dzi­mą ma­gna­te­rię blo­ku­ją­cą ta­kież pla­ny Wet­ty­nów na­wet przy po­mo­cy mo­carstw ościen­nych. Fakt, iż świa­do­mość po­trze­by re­form prze­trwa­ła i na­ra­sta­ła, aby do­cze­kać się prób re­ali­za­cji za pa­no­wa­nia Sta­ni­sła­wa Au­gu­sta Po­nia­tow­skie­go, przy­pi­sać trze­ba w du­żej mie­rze nie­miec­kim uczo­nym, fi­lo­zo­fom, wy­daw­com i ar­ty­stom, któ­rzy wnie­śli wiel­ki wkład w dzie­ło mo­der­ni­za­cji szla­chec­kiej Pol­ski od cza­sów wcze­sne­go oś­wie­ce­nia aż po kres jej ist­nie­nia. By­li to z jed­nej stro­ny Niem­cy, pod­da­ni pol­scy, miesz­kań­cy ziem i ośrod­ków bez­po­śred­nio zwią­za­nych z kul­tu­rą nie­miec­ką, a więc Prus Kró­lew­skich i przo­du­ją­cych w nich Gdań­ska i To­ru­nia. Wy­mie­nić trze­ba spo­śród nich na przy­kład gdań­skie­go hi­sto­ry­ka Got­frie­da Len­gni­cha czy to­ruń­skich re­dak­to­rów-pu­bli­cy­stów Sa­mu­ela L. Ge­re­ta i Teo­do­ra Bau­cha. Z dru­giej stro­ny by­li to Niem­cy na­pły­wa­ją­cy do Pol­ski w okre­sie unii sa­skiej, aby wska­zać tu przede wszyst­kim na księ­ga­rza Mi­cha­ła Grölla i po­li­hi­sto­ra Waw­rzyń­ca Mit­zle­ra de Ko­lo­fa. To spod pió­ra Mit­zle­ra wy­szła zwię­zła i cel­na oce­na ów­cze­snej imi­gra­cji nie­miec­kiej do Pol­ski: „Niem­cy są po­ży­tecz­niej­si dla Pol­ski ani­że­li pa­no­wie Fran­cu­zi, któ­rzy je­że­li tyl­ko cze­goś się do­ro­bią, chęt­nie wra­ca­ją do Fran­cji. Ina­czej zaś uczci­wy i wy­trwa­ły Nie­miec, któ­ry, sko­ro wi­dzi, że mo­że mieć z te­go po­ży­tek, sta­je się ła­two osia­dłym i praw­dzi­wym miesz­kań­cem kra­ju, z cze­go Rzecz­po­spo­li­ta ma o wie­le wię­cej ko­rzy­ści”. Nie­miec­ko-pol­ska współ­pra­ca nad dzie­łem re­for­my wspól­nej oj­czy­zny jest u schył­ku sta­rej Rze­czy­po­spo­li­tej re­flek­sem za­mie­rzo­nej współ­pra­cy z epo­ki jej gnieź­nień­skie­go brza­sku, a swo­ją we­wnętrz­ną dy­na­mi­ką i tre­ścią naj­bar­dziej przy­po­mi­na zyg­mun­tow­skie cza­sy Bo­ne­rów, Tu­rzo­nów czy De­cju­szy.

Wraz z I roz­bio­rem Pol­ski w 1772 r. po­czę­ły się kur­czyć po­li­tycz­ne gra­ni­ce pań­stwa pol­skie­go, a roz­wi­jać et­nicz­ne gra­ni­ce na­ro­du pol­skie­go. Za­czę­ły się zmie­niać do­tych­cza­so­we re­la­cje mię­dzy są­sia­du­ją­cy­mi do­tąd ze so­bą w jed­nym pol­skim or­ga­ni­zmie pań­stwo­wym Po­la­ka­mi i Niem­ca­mi, któ­rzy w oby­dwu nie­miec­kich mo­nar­chiach za­bor­czych – nie zmie­nia­jąc miej­sca za­miesz­ka­nia – za­mie­ni­li sta­tus z mniej­szo­ści na uprzy­wi­le­jo­wa­ną więk­szość. Z klin­czu na­cjo­na­li­zmów, któ­re sy­me­trycz­nie wpły­wa­ły na wzro­st wza­jem­nej agre­sji, czer­piąc w grun­cie rze­czy z tej sa­mej mi­to­lo­gii i sym­bo­li­ki hi­sto­rycz­nej (by wska­zać tyl­ko na in­stru­men­ta­li­za­cję kom­plek­su krzy­żac­kie­go przez oby­dwie stro­ny), zwy­cię­sko wy­szli w 1918 r. Po­la­cy. Sta­ło się tak jed­nak przede wszyst­kim w wy­ni­ku mię­dzy­na­ro­do­we­go roz­kła­du sił po woj­nie. Fakt, że od­ra­dza­ją­ca się Pol­ska mu­sia­ła po­wstać głów­nie kosz­tem te­ry­to­rial­nej ma­sy upa­dło­ścio­wej Nie­miec i Ro­sji (któ­re za­anek­to­wa­ne i ko­lo­ni­zo­wa­ne przez sie­bie w cią­gu nie­mal pół­to­ra wie­ku zie­mie przy­wy­kły uwa­żać za wła­sne), krył w so­bie od po­cząt­ku za­rze­wie przy­szłe­go kon­flik­tu na tle re­wi­zjo­ni­stycz­nym z ich spad­ko­bier­ca­mi – Re­pu­bli­ką We­imar­ską i Ro­sją Ra­dziec­ką.

II.

Około roku 1918 polski obraz Niemiec i Niemców określany był zasadniczo przez dwa czynniki. Po pierwsze kształtował go ciężar jego własnej tradycji z całego wieku XIX, w której antyniemieckość i sympatie proniemieckie równoważyły się mniej więcej nawzajem. Działo się tak głównie dlatego, że polski obraz Niemiec był wówczas (aż do powstania bismarckowskiej Rzeszy Niemieckiej) z powodu braku jednolitego państwa niemieckiego geograficznie zróżnicowany: podczas gdy Polacy negatywnie postrzegali na ogół państwo pruskie, to już z sympatią odnosili się generalnie do Sasów, Bawarów, Szwabów i Nadreńczyków, pamiętając o ich poparciu dla Powstania Listopadowego. Rzecz charakterystyczna, że po utworzeniu Rezszy Niemieckiej w 1871 r. regionalny dotąd raczej konflikt polsko-pruski zaczął się przekształcać w narodowy konflikt polsko-niemiecki, co było zresztą procesem generowanym także przez stronę niemiecką: na poczesnym miejscu przez założony w 1894 r. Niemiecki Związek Wschodni (Deutscher Ostmarkenverein). Wraz z proklamacją niepodległej Polski w 1918 r. proces ten osiągnął swoje tymczasowe apogeum. Był to ów drugi czynnik, który u progu nowej polskiej państwowości w sposób istotny wpływał na polski obraz Niemiec.

Trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że wraz z ówczesną restytucją państwa polskiego istniały wbrew pozorom realne szanse na pozytywną modyfikację obrazu Niemiec i Niemców w społeczeństwie polskim. Zajęcie przez wojska niemieckie tzw. „Polski kongresowej”, czyli ziem byłego zaboru rosyjskiego nie zaowocowało tam nowymi antagonizmami polsko-niemieckimi. Także walki o Górny Śląsk, mimo towarzyszącej im po obydwu stronach masowej ‘czarnej’ propagandy, nie pogrzebały owych szans i nie pozostawiły po sobie w spadku (inaczej aniżeli w Niemczech!) nowego obrazu niemieckiego wroga, który zdominowałby ówczesną polską opinię publiczną. Było mianowicie rzeczą nierealistyczną uzyskanie poparcia dla antyniemieckiej opcji Polaków z Wielkopolski czy Górnego Śląska wśród Polaków z ziem zaboru rosyjskiego czy austriackiego, bowiem ich obraz Niemców i Niemiec kształtowały odmienne doświadczenia historyczne.

Obywateli mających w pamięci długi okres zniewolenia pod rozmaitymi zaborcami i różnorakie doświadczenia emigracyjne, nurtowało po odzyskaniu własnej państwowości najpierw zagadnienie jednolitego „portretu własnego Polaków”, ich wspólnej samoświadomości społeczno-historycznej, na której to podstawie dałoby się na nowo zdefiniować wrogów i przyjaciół. Fakt, że okoliczność ta miała pozostać wszakże dla strategicznej kreacji nowych stosunków polsko-niemieckich bez większego znaczenia, wynikał z permanentnej polityki rewizjonistycznej w kwestii granicznej, jaką kolejne rządy Republiki Weimarskiej prowadziły wobec Polski, co zaowocowało w społeczeństwie polskim rozwojem negatywnego nastawienia wobec Niemiec i Niemców. Nasilający się rewizjonizm strony niemieckiej, powstały jako reakcja na restytucję państwa polskiego częściowo z masy upadłościowej rozbitego cesarstwa wilhelmińskiego, zrodził w Polsce syndrom „niemieckiego zagrożenia”. Tutaj bowiem postrzegano kresy zachodnie, należące jeszcze do niedawna do Rzeszy Niemieckiej, jako polskie ziemie historyczne, ba - kolebkę państwowości polskiej, które obecnie w ramach przywracania przedrozbiorowego status quo ante jak najbardziej słusznie wróciły do nowej Polski. Aby przekonać społeczeństwo o „niemieckim zagrożeniu” i zmobilizować je mentalnie do obrony, oficjalna propaganda ‘podbudowywała’ je historycznie eksploatując w tym celu jednostronnie okresy konfliktów w stosunkach polsko-niemieckich i starając się wykazać w nich rzekomo właściwy naturze niemieckiej pęd do ekspansji militarnej jako typowo „praniemieckie zachowanie”. Manipulowano przy tym głównie tradycją zakonu krzyżackiego i fryderycjańskich Prus: postacie krzyżaka i Prusaka, ukazywanych jako krwawych Polakożerców, były ulubionymi rekwizytami tej propagandy. Symptomatyczne dla manifestującej się w tych zabiegach postawy psychicznej było to, że niezależnie od poczucia triumfu z własnego sukcesu i zadowolenia z klęski mocarstwowych Niemiec, nigdy nie uwidoczniło się w nich niedocenianie Niemiec, które jako przeciwnik traktowane były z całą powagą. Deprecjonując Niemców w potocznej komunikacji językowej (kryżak to także w polszczyźnie pająk, a prusak – karaluch), nigdy ich nie bagatelizowano. Wymownie biją z takiej postawy polskie lęki przed możliwym powtórzeniem się militarnej konfrontacji z Niemcami, których wynikającą z przegranej wojny słabość uznawano za jedynie przejściową. Kariera, jaką w powojennych Niemczech zrobiło powiedzenie o „zbójeckim państwie sezonowym” pod adresem Polski oraz odmowa kolejnych rządów weimarskich do zawarcia z Polską podobnych traktatów gwarancyjnych jak z Francją w Locarno czy Rosją Sowiecką w Rapallo, skutecznie pogłębiały i utrwalały owe lęki i obawy.

O ile przeradzały się one w środowiskach zorientowanych nacjonalistycznie w antyniemieckie uprzedzenia i stereotypy, o tyle wskazywały one czynnikom oficjalnym na konieczność poszukiwania porozumienia z Republiką Weimarską, o co też polski rząd intensywnie zabiegał – wszelako pod niezbywalnym dla polskiej racji stanu warunkiem zaakceptowania przez stronę niemiecką istniejących granic. Ku powszechnemu zaskoczeniu tak polskiej jak i zagranicznej opinii publicznej do faktycznego przełomu w tych wysiłkach doszło po przejęciu władzy w Niemczech przez narodowych socjalistów, kiedy to Trzecia Rzesza nieoczekiwanie zawarła z Polską w styczniu 1934 r. pakt o nieagresji. Po Austriaku Hitlerze zaczęto sobie w Polsce obiecywać, że być może skutecznie potrafi on w Niemczech połyżyć tamy antypolonizmowi pruskiej proweniencji. W istocie z miejsca dało się zaobserwować wydane wyciszenie negatywnej propagandy w mediach obydwu krajów. Z programów teatrów, kin, stacji radiowych, a nawet z tablic okolicznościowych usuwano teraz przekazy i teksty mogące zakłócać „dobrosąsiedzkie stosunki”, o jakie starały się teraz obydwie strony. Niemiecki zakaz wznowień antypolskiego pamfletu Friedricha von Oertzena „Das ist Polen” z 1931 r., uhonorowano w Polsce skreśleniem z kanonu lektur szkolnych sienkiewiczowskich „Krzyżaków”, książki, w której polska demonizacja Niemców osiągnęła swoje dotychczasowe apogeum.

O utartym podówczas w społeczeństwie polskim obrazie Niemców socjolog Stanisław Bystroń pisał w połowie lat trzydziestych: „Wobec tych ludzi, obcych pochodzeniem, językiem, kulturą, światopoglądem, często także i religią, wytwarza się w ciągu wieków dość jednolita opinia ludności polskiej, częściowo do dziś dnia jeszcze się tradycyjnie utrzymująca, mimo że stosunki polsko-niemieckie uległy istotnym zmianom. Opinia ta jest niechętna, czasem wprost lekceważąca czy pogardliwa, w najlepszym razie wyczekująco naturalna, czy też bezinteresownie satyryczna. Nie należy zapominać, że opinię tę tworzył szlachcic, który się za kandydata do tronu uważał i lekceważył kolonistę czy mieszczanina Niemca, a nawet i szlachcica niemieckiego, służącego w cudzoziemskim autoramencie; podtrzymywał tę opnię polski mieszczanin czy chłop, z nienawiścią patrzący na sukcesy pracowitego i oszczędnego Niemca” Jak widać, w przytoczonej charakterystyce chodzi o wariant sąsiedzkiego modus vivendi, który trudno nazwać przyjacielskim, który jednak nie jest też wrogim. Mówiąc o „istotnych zmianach”, nawiązuje Bystroń do dobroczynnych skutków układu z 1934 r. W rzeczy samej Polacy skłonni byli wówczas hołdować pozytywnemu obrazowi Niemców i Niemiec. Historyk Tomasz Szarota przypomina, że „łączono wtedy z niemieckim charakterem narodowym, i to wcale często, takie cnoty jak rzetelność, dokładność, oszczędność, sumienność, zmysł organizacyjny, umiłowanie porządku, odowiedzialność, dyscyplinę i wysoki poziom kultury”. Kiedy już w 1939 r. za sprawą układu sojuszniczego Warszawy z Londynem, a zwłaszcza w rezultacie polskiej odmowy pójścia na koncesje wobec Niemiec w kwestii „korytarza”, krótki okres polsko-niemieckiego ocieplenia stosunków przeszedł do historii, polski minister spraw zagranicznych Jozef Beck wygłosił 5 maja 1939 r. słynną mowę przed sejmem. Podkreslił w niej, że Polska także po wypowiedzeniu przez Niemcy paktu o nieagresji szukać będzie nadal dróg porozumienia z zachodnim sąsiadem. Katastrofy nie można już było jednak powstrzymać, tym bardziej, że Polska ze względów swojej racji stanu (dostęp do Bałtyku) nie była gotowa szukać owego porozumieniaza wszelką cenę – co podkreślił w swojej mowie także i Beck. Zatrzymana w 1934 r. propagandowa wojna mediów odżyła ze zdwojoną siłą. „Niemieckie zagrożenie” zawisło z powrotem nad Polską niczym miecz Damoklesa, który 1 września 1939 r. rzeczywiście spadł, rozpoczynając II wojnę światową.

III

Druga wojna światowa pozostawiła po sobie w Polsce totalnie negatywny wizerunek Niemiec i Niemców. Stosunki polsko-niemieckie znalazły się w 1945 r., historycznie rzecz biorąc, w punkcie zerowym. Nie przypadkiem pierwszą książką wydaną w oswobodzonej z okupacji niemieckiej Polsce byli „Krzyżacy” Sienkiewicza. I rzeczywiście to w dużej mierze literatura miała w nadchodzących latach kreować w społeczeństwie polskim wrogi obraz Niemca. Uprawiana przez pisarzy demonizacja Niemiec i ich historii wynikała z dwojakich powodów: miała po pierwsze przedstawiać i uprawomocniać wysiedlenie Niemców z tzw. Ziem Odzyskanych jako poźny akt sprawiedliwości dziejowej - w domyśle: zasłużonej zemsty. Zaczęto się odwoływać, tak jak i przed wojną, do przykrytych historycznym kurzem wzajemnych konfliktów („piastowskie” powieści K. Bunscha!) i propagandowo podsycać dawny stereotyp o rzekomej odwiecznej wrogości między Niemcami i Polakami w myśl porzekadła, że „jak świat światem, nie będzie Niemiec Polakowi bratem”. Po drugie była ona przejawem politycznego koninkturalizmu pisarzy, budujących swoje kariery w nowych warunkach ustrojowych. Aby wyprzeć z pamięci społecznej ogrom sowieckich zbrodni popełnionych na narodzie polskim w niedawnej przeszłości, propagandyści w sposób jednostronny konfrontowali społeczeństwo poprzez medium literatury tylko ze zbrodniami niemieckimi.

Demonizacja wszystkiego, co niemieckie, w okresie powojennym różniła się zasadniczo od nastrojów społecznych w Polsce po I wojnie światowej, nie mniej jednak odwoływała się także do lęków znanych i w tamtym czasie. Podonie jak po uprzedniej wojnie i tym razem Polska wymazana z mapy Europy przez III Rzeszę i Rosję Sowiecką odrodziła się w 1945 r. w dużej mierze w rezultacie międzynarodowej gry dyplomatyczno-politycznej, w przebiegu której uzyskała nowe, wytyczone jej przez mocarstwa granice. Także i tym razem odbyło się to kosztem terytorialnych strat niemieckich. Nie mogą więc dziwić obawy przed nowym rewizjonizmen niemieckim, żywione zwłaszcza wśród ludności przesiedlonej z kresów wschodnich i osadzonej na nowych, uzyskanych na Zachodzie i Północy terenach. Stary syndrom „niemieckiego zagrożenia” nabrał nowej aktualności. Rzecz charakterystyczna, że w referendum z 30 czerwca 1946 r. 73,1 głosujących odrzuciło granicę na Odrze i Nysie – właśnie z obawy przed spodziewanym rewizjonizmem niemieckim. Zakładano bowiem, i słusznie, że okupacja Niemiec nie potrwa długo. Spodziewano się, że wolne Niemcy upomną się o zabrane im tereny (co potęgowało i tak negatywny wizerunek Niemców), stąd wiara w trwałość nowej polskiej granicy zachodniej była w społeczeństwie wówczas tak nikła.

Fakt, że powstała po podziale Niemiec NRD podpisała z Polską pod hegemonialnym naciskiem ZSRR Układ Zgorzelecki, w którym uznała granicę na Odrze i Nysie, nie usunął bynajmniej z polskiej świadomości zbiorowej syndromu rewizjonistycznego,”niemieckiego zagrożenia”. W drugim z nowych państw niemieckich, w RFN powstał mianowicie klimat polityczny, który bardzo sprzyjał rewitalizacji tradycyjnych, niechętnych Polsce i Polakom uprzedzeń, postaw i wzorców myślenia i w którym idea rewizji nowej granicy z Polską była bardzo żywa. Taki rozwój sytuacji w RFN był dla komunistycznej propagandy w Polsce wielce wygodny: w jego świetle bowiem instrumentalizowane przez nią „niemieckie zagrożenie” jawiło się jako całkiem realne. Propaganda ta wskazując na rzekomo odwieczne niebezpieczeństwo zagrażające Polsce z Niemiec, wskazywała jednocześnie na konieczność sojuszu z ZSRR, będącego w takich oklicznościach jedynym gwarantem nowych polskich granic. Innymi słowy: z podtrzymywania w społeczeństwie obrazu niemieckiego wroga i niemieckiego zagrożenia rządząca Polską partia komunistyczna czerpała legitymację swojej władzy.

Wobec podzielonych Niemiec Polska zajmowała mieszane stanowisko. Ponieważ NRD jako sojusznik ideologiczno-militarny otrzymała status oficjalnego „przyjaciela”, antyniemieckie resentymenty przeniesiono, także oficjalnie, in toto na Republikę Federalną. Wieńczyło te resentymenty dowodzenie ciągłości (w niewiele zmienionej formie) lub pokrewności instytucji, idei i postaw narodowosocjalistycznych w państwie zachodnioniemieckim, które nazywano też przez jakiś czas „IV Rzeszą”. Nazwa bawarskiej CSU brzmiała w polskiej antyniemieckiej publicystyce niemal tak samo złowrogo jak NSDAP, a politycy Franz-Josef Strauss, Herbert Czaja, Herbert Hupka i magnat prasowy Axel Springer zastąpili w codziennej wojnie propagandowej gazet paladynów III Rzeszy. Jaskrawo faszystoidalny obraz RFN nakreślił w 1967 r. Andrzej Brycht w swoim „Raporcie z Monachium”. Zachodnie Niemcy jawiły się w tej książce w sposób tak ekstremalnie paranazistowski, że książka wywołała w kraju ożywioną publiczną dyskusję nad słusznością prezentowanych w niej tez. W rezultacie rok 1970 przyniósł ripostę w postaci „Raportu z Hamburga” pióra Wiesława Górnickiego, w którym autor starał się udowodnić, że młodej generacji Niemców udało się już wyzwolić z nazistowskich uwikłań pokolenia jej ojców i dziadków.

Książka Górnickiego ukazała się wszelako już w czasie, kiedy z jednej strony nowy niemiecki rząd W. Brandta zmieniał dotychczasową politykę względem Polski, a z drugiej nowe polskie kierownictwo polityczne pod przywództwem E. Gierka starało się o zachodnioniemieckie kredyty dla podratowania kiepskie sytuacji gospodarczej w kraju. Ten nowy kurs polityczny, którego ważnym kontekstem był układ warszawski z 7 XII 1970, przyniósł w Polsce wytłumienie agresywnej propagandy antyniemieckiej. W miejsce ataków politycznych, których oś tworzył zawsze rzekomy ciąg przyczynowo-skutkowy: zakon krzyżacki – Prusy – Trzecia Rzesza – rewanżystowska RFN, pojawiły się (stosownie do nowego charakteru wzajemnych stosunków) polemiki gospodarcze i prawne, dotyczące bieżących spraw w tych stosunkach.

Ideologia antropologiczno-biologicznego i historycznego fatalizmu, leżąca u podstaw polskiego obrazu Niemiec i Niemców w latach 50-tych i 60-tych, straciła w kolejnej dekadzie swoją wcześniejszą dynamikę, co miało swoje uwarunkowania tak zewnątrz-, jak i wewnątrz-polityczne. Zwłaszcza intensyfikacja kontaktów osobistych między Polakami i Niemcami wskutek otwarcia ganic na Zachód – tak do NRD jak i do RFN – osłabiała stopniowo, ale skutecznie oficjalnie lansowaną negatywną stereotypizację polskiego obrazu Niemca. Zasadniczemu przyspieszeniu proces ten uległ w latach 80-tych. Obnażonę bezlitośnie przez stan wojenny erozję systemu komunistycznego, który jak wiadomo czerpał dotąd legitymację swojej wewnątrz-politycznej władzy w dużym stopniu z instrumentalizacji „niemieckiego zagrożenia”, pogłębiły ówczesna spontaniczna a niespodziewana pomoc społeczeństwa niemieckiego oraz prowadzona w środowiskach opozycji politycznej programowa debata na temat przyszłego charakteru stosunków polsko-niemieckich w jednoczącej się wokół tych samych wartości Europie. Debatę tę, która przygotowała intelektualny, polityczny i społeczny grunt pod przełom w owych stosunkach z lat 1989-1991, otworzył w 1980 r. Stanisław Stomma swoją książką Czy fatalizm wrogości? Jan Jozef Lipski kontynuował ją w swoim dzisiaj już klasycznym eseju Dwie ojczyzny – dwa patriotyzmy (1981), w którym zajmował się „megalomanią i ksenofobią Polaków”. Zamknął ją pod koniec dekady w przededniu „jesieni narodów” Europy Środkowo-Wschodniej w 1989 r. Edmund Osmańczyk, kiedy w katolickim opiniotwórczym tygodniku „Gość Niedzielny” stwierdził: „Mówię wyraźnie – nie będzie niepodległej Polski bez zjednoczonych Niemiec! (...) Jest przecież jasne, że nie może być pełnej wolności dla ludzkości, dopóki istnieć będą zniewolone narody.” Rzecz symptomatyczna, że głos Osmańczyka spotkał się wówczas w Polsce już ze zrozumieniem i dosyć powszechną akceptacją, podczas gdy jeszcze parę lat wcześniej na wystąpienia Stommy i Lipskiego Polacy reagowali często ze sceptycyzmem i z odmową. W tym właśnie uderzająco manifestuje się głęboki przełom, jaki podczas tego dziesięciolecia dokonał się w polskim nastawieniu do Niemiec i do Niemców. Wielką rolę odegrał w tym kontekście i fakt, że w klimacie pierestrojki Gorbaczowa dokonało się w drugiej połowie lat 80-tych w Polsce odtabuizowanie kwestii polskiej historii kresowej i tamtejszego polskiego dziedzictwa kulturowego. Pozytywnie wpłynęło to mianowicie na polską wrażliwść wobec niemieckiego programu pielęgnacji niemieckiego dziedzictwa kulturowego na niegdysiejszym niemieckim Wschodzie i zasadniczo osłabiło stereotyp Niemiec rewanżystowskich. Nieoficjalne polsko-niemieckie kontakty były w owym czasie już bardzo zaawansowane. „Obydwa narody – komentował ten proces publicysta Peter Bender – są dzisiaj dalej, aniżeli ich rządy. To najlepsza rzecz, jaką obecnie można powiedzieć o Niemcach i Polakach i ich wzajemnych stosunkach w przyszłości. Potwierdził to w tym samym czasie w swoim expose rządowym Tadeusz Mazowiecki: „Potrzeba nam przełomu w naszych stosunkach z Republiką Federalną. Obywatele obydwu krajów daleko wyprzedzają w tej mierze swoje rządy”. Po podpisaniu „Układu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” ze zjednoczonymi Niemcami w 1991 r. przełom ten stał się faktem. Niemcy, naturalne geograficzne wrota Polski na drodze do demokratycznej Europy Zachodniej, przejęły funkcję lokomotywy w procesie włączenia Polski do jej polityczno-gospodarczych struktur i stały się najważniejszym, strategicznym partnerem Polski na kontynencie. Okoliczność ta w decydującej mierze wpływała na polski wizerunek Niemiec i Niemców w latach 90-tych.

IV

Euforia polsko-niemieckiego zbliżenia z początku lat 90-tych, sprawia że w chwili obecnej, kilkanaście lat później, jawią się nam one w krzywym świetle. Jest to nieprawdziwa perspektywa. Nie dlatego, że obecne stosunki polsko-niemieckie są dalej bardzo dobre. Nie są one takie i stanowią wyzwanie dla obydwu stron, o ile zaklinana wówczas wspólnie polsko-niemiecka przyjaźń ma być nie tylko deklarowana, ale i praktykowana. Jest jednak błędem, stan i jakość obecnych polsko-niemieckich relacji mierzyć ich zawartością i treścią z pierwszych lat 90-tych., aby następnie szydzić z ówczesnego „kiczu pojednania” lub podnosić lament nad ich obecnym „kryzysem”. Polsko-niemieckie stosunki przeszły wielką i głęboką przemianę, której strukturalna jakość i społeczna doniosłość nie ma precedensu w nowszej historii obydwu krajów. Wszelako dobre stosunki polsko-niemieckie nie są czymś danym, niejako z natury, raz na zawsze. Wręcz przeciwnie: są one odpowiedzialnym zadaniem, z którym Polacy i Niemcy muszą się zmagać wciąż od nowa i stale. To, że może to być czasem bardzo ciężkie i trudne zadanie, pokazuje z całą ostrością okoliczność, jak łatwo i szybko udało się po obdwu stronach Odry ożywić w ostatnich latach stare stereotypy, uprzedzenia i resentymeny, gdy ujawniły się polskie i niemieckie różnice w podejściu do wojny w Iraku, do Centrum przeciwko Wypędzeniom (nie wspominając już o planowanym gazociągu bałtyckim). Już pobieżny przegląd prasy polskiej i niemieckiej z tego okresu nasuwa wielce pouczające wnioski. Po raz kolejny okazało się jak wielką, za wielką, rolę odgrywają w stosunkch polsko-niemieckich emocje: większą rolę aniżeli w stosunkach Niemiec czy Polski z większością innych krajów europejskich. Każe to zastanowić się nad tym, jak radzić sobie należy w naszych wzajemnych stosunkach z faktem, że wciąż można zbijać w nich z resentymentów, stereotypów i czystej niewiedzy kapitał polityczny wśród statystycznie relewantnych grup wyborczych i grup interesów.

U podstaw tzw. niemiecko-polskiej wspólnoty interesów z lat 90-tych tkwiła m.in. perspektywa westernizacji Polski: włączenia jej w struktury NATO i EU. Łączyła się z tym wspomniana idea roli Niemiec jako „adwokata polskich interesów” na arenie międzynarodowej. Idea ta wychodziła naprzeciw potrzebom bońskiej polityki zagranicznej w Europie Środkowej, a i odpowiadała polskim nadziejom na lepszą przyszłość ww wspólnej Europie. Ale już w fazie rokowań wstępnych okazało się, że Niemcy wypełniając swoje dobrowolne powinności „adwokata polskich interesów”, łączyli je niejako w spsób naturalny ze sporym manifestacyjnym paternalizmem. Dyplomacja niemiecka nie była gotowa ujrzeć w Polsce partnera, który na parkiecie polityki międzynarodowej ma też suwerenne ambicje, co było refleksem starych, historycznych asymetrii we wzajemnych stosunkach: po raz kolejny zabrakło stronie niemieckiej respektu dla wschodniego sąsiada, jako samodzielnego podmiotu politycznego, na co w Polsce zaczęto reagować z rosnącą irytacją, przyglądając się coraz krytyczniej tak praktykowanej wspólnocie interesów.

Co zaczęło rzucać się w oczy obserwatorom sceny politycznej – i co nadal jest widoczne (obecnie może nawet bardziej aniżeli wcześniej) – to niezdolność politycznych aktorów do zapanowania nad rozwojem wydarzeń. Politycy w obydwu krajach nie dostrzegali wybuchowego potencjału swojej polityki dla stosunków polsko-niemieckich – lub też nie chcieli go dostrzegać. Jeszcze bardziej zaczęła ciążyć nad tymi stosunkami okoliczność, że politycy ci nie są w stanie uprzednio ocenić, jakie ewentualne skutki ich słowa i poczynania mogą wywołać w kraju sąsiada.

W roku 1990, który słusznie uchodzi za cezurę w obecnych stosunkach polsko-niemieckich, Karl Dedecius określił je jako „labilne, zagrożone, kruche, niemal neurotyczne, ponieważ nieznośnie obciążone przez historię”. Są one „obciążone atawistycznymi animozjami i nieprzydatnymi argumentami obronnymi, które utrudniają nam konieczne, wzajemne zbliżenie, cofają w tych wysiłkach do tyłu, każą niemal zrezygnować”. Dedecius nie poprzestał na diagnozie, lecz podsunął wówczas parę rad w tej materii: „przestać reagować patologicznie. Po jednej i drugiej stronie granicy. Zbliżyć się do siebie. Zastąpić przesądy sądami. Tu i tam. Słuchać argumentów drugiej strony i traktować je z powagą”. Szesnaście lat póżniej stosunkom polsko-niemieckim wciąż daleko do pożądanej normalności. „Wciąż jeszcze puszcza się w obieg pejoratywne klisze i stereotypy – pisze Hans-Adolf Jacobsen we Frankfurter Allgemeine Zeitung z 10 VII 2006 – przede wszystkim w mediach, które bardziej pasują do czasów zimnej wojny aniżeli do obecnej jakości naszych wzajemnych relacji”.

Niefrasobliwość niejednego niemieckiego polityka napędza młyny polskiego nacjonalizmu. O ile jeszcze w latach 90-tych panowała wśród entuzjastów polsko-niemieckiego pojednania nadzieja na to, że Polacy i Niemcy zaczną odchodzić od swoich narodowych stereotypów i ich pamięci zbiorowe zaczną się ku sobie zbliżać, przede wszystkim w kwesti oceny II wojny światowej i jej skutków, to obecnie trudno nie słyszeć głosów, które konstatują proces nowego oddalania się obydwu narodów od siebie. Depolityzacja, dehistoryzacja i europeizacja jako główne zasady i linie rozwojowe bilateralnej kooperacji w latach 90-tych wyczerpały już swój potencjał, twierdzi berliński politolog Kai-Olaf Lang. Próba zignorowania formacyjnej siły historii dla wzajemnych stosunków w teraźniejszości i przyszłości (jakkolwiek słuszne mogłyby być leżące u jej podstaw intencje) zawiodła.

Niemcy i Polacy cierpią, jak sformułował to kiedyś historyk Kazimierz Wóycicki, na „świadomościowy deficyt modernizacyjny”. W obydwu krajach nie zinternalizowano jeszcze po upadku komunizmu w dostatecznej mierze gruntownej zmiany sytuacji społeczno-politycznej i nie rozpoznano w pełni wynikających stąd możliwości nowego ukształtowania sąsiedzkich stosunków. Pojednanie czy porozumienie bez zmiany mentalności pozostanie zawsze pustym gestem, wywołującym w końcu nie tylko obojętność, ale i niechęć czy opór. Codzienna rzeczywistość, polska i niemiecka, potwierdza to dobitnie. W świadomości spolecznej obydwu narodów wzajemne uprzedzenia tkwią jeszcze głęboko, choć – jak pokazują to badania opinii publicznej – są one silniejsze po niemieckiej stronie. Spełnienia jakich warunków wymaga rzeczywisty dialog polsko-niemiecki? Niezbędna jest na pewno znajomość dziejów wzajemnych stosunków. Deficyty w tym zakresie pogłębiają społeczną niechęć i nie pozwalają przełamać polonocentryzmu z jednej, a germanocentryzmu z drugiej strony, a to znaczy rozstać się z narodowo uwarunkowanymi stereotypami i uprzedzeniami. Po drugie uświadomić sobe należy, że to co nazywano w latach 90-tych polsko-niemiecką wspólnotą interesów trzeba w obecnych realiach napełnić nową treścią. Ówczesne interesy i wzajemne życzenia oraz oczekiwania przekuto już na obecną rzeczywistość i stały się one politycznie nierelewantne. Nadeszła pora na zdefiniowanie nowej, przyszłościowej wspólnoty interesów między sąsiadami.

tlo


Notice: Undefined offset: 0 in /home/muzeum/public_html/muzeumtkactwa/counter.php on line 38

Notice: Undefined offset: 1 in /home/muzeum/public_html/muzeumtkactwa/counter.php on line 40

Notice: Undefined offset: 2 in /home/muzeum/public_html/muzeumtkactwa/counter.php on line 41

Notice: Undefined offset: 3 in /home/muzeum/public_html/muzeumtkactwa/counter.php on line 42